Wpis

piątek, 08 lutego 2013

Retrospekcje. Kastracja.

Postanowiłam podzielić się doświadczeniami, jakie wiążą się z tak prostym zabiegiem, jak kastracja. Choć jest to zabieg prosty, w przypadku komplikacji (proste zakażenie), staje się niezwykle uciążliwe nie tylko dla psa, a również dla wszystkich domowników...

Melon został zakupiony w maleńkiej, prywatnej hodowli borderów pod Warszawą With Passion (http://www.withpassion.com.pl/). Właścicielka - pani Ania podpisała z nami umowę zakupu, w której zawarte było, że w przypadku nie wyrównującego się tyłozgryzu Melon zostanie pozbawiony możliwości przekazywania go dalej (gwałcenia suczek :D ). 

Ach, no właśnie, tyłozgryz. To prosta wada zgryzu. Można ją opisać w równie prosty sposób: żuchwa niedorośnięta do szczęki!

Żuchwa jest znacznie krótsza od szczęki.

 

Wygląda dosyć dziwacznie i trochę strasznie... Tutaj inne ujęcie: 

Tak się kończy schodzenie do poziomu psa.

Ekhem... no tak. Tak się kończy schodzenie do poziomu psa. Jak widać szczęka jest imponująca i wcale nie wygląda na krzywą. Pies radzi sobie ze swoją wadą bezproblemowo, jęzor ma długi i nim sobie pomaga przy podnoszeniu kąsków z płaskich powierzchni. Zgryz ten kłopotliwy był przy szkoleniu - karmienie z ręki bywa bolesne, gdy pies nie uważa na to, jak bierze smaczki z dłoni. Najwygodniejsze są smaczki zwarte, które tylko mu "wrzucam" do krzywizny jego paszczy. Kilka zdjęć umieszczę na końcu postu, nie będę tekstu tak często przerywać Melonem :)

Wracając do kastracji. W umowie zawarte było, że Melon zostanie wykastrowany, jeżeli jego tyłozgryz nie cofnie się (nie wyrówna) podczas dorastania. Jak widać tak się nie stało, więc we wrześniu zeszłego roku (2012) umówiliśmy się na zabieg.

Melon nieufnie odnosił się do pani weterynarz, ale mając zaufanie do mnie, pozwolił się wprowadzić do gabinetu bez problemów. A teraz uwaga dla przyszłych pokoleń: nawet jeśli twoja psina to najłagodniejsze zwierzę na globie, będzie się bronić przed gwałtem!!! Dlatego koniecznie trzeba TRZEBA nauczyć psa i przyzwyczaić do noszenia kagańca (najlepiej takiego http://www.lecznica.info/files/kaganiec_mat.jpg). Oszczędzi mu to strachu i frustracji w momencie, gdy będzie próbował gryźć. Melon wprawdzie nie warczał, nie gryzł, ale kłapał pyskiem, straszył, nie chciał dać sobie choćby zrobić zastrzyku. Trzeba było mu przywiązać pysk do karku opaską - bandażem, co oczywiście nie było przyjemne.

Pies był do odbioru chyba dwie godziny później. Był już trochę wybudzony, gdy przyszłam do lecznicy. Jak tylko odzyskał na tyle przytomności, żeby mieć władzę w członkach, zaczął... lizać się po niebędących już jajkach. Psia ślina nie należy do jałowych środowisk, więc lizanie kończy się zakażeniem, nie gojącymi się bliznami, wyrwanymi szwami itd. Zatem: kołnierz. To było dopiero nieszczęście!

Zanim dotarliśmy do domu (szczęście, że przyjechałam samochodem), trzeba było Melona dosłownie zanieść do auta, bo choć lizać już się potrafił, nie chciał chodzić, tylko stał patrząc na mnie smutno i z wyrzutem ("coś ty mi zrobiła, coś ty mi uczyniła...). Prawdziwa zabawa zaczęła się w nocy, gdy narkoza zupełnie z niego zeszła. Melon chodził po domu, zahaczając o wszystkie schody i wszystkie narożniki, jakie spotkał na swojej drodze, co uniemożliwiło wszystkim domownikom spanie...

Kolejne atrakcje zaczęły się dwa dni po kastracji: moszna psa opuchła, zaczerwieniła się, nie można było nawet jej obejrzeć dokładnie, bo Melon aż histerycznie reagował na wszelkie próby dotknięcia go "TAM". Myślę, że mimo kołnierza ukradkiem lizał się nocami, stąd to zakażenie. Cała jazda z kołnierzem, antybiotykami, lekami przeciwbólowymi, kołnierzem, wizytami, nieprzespanymi nocami, kołnierzem i oczywiście kołnierzem trwała przez dwa tygodnie. 

"Nieprzespanej nocy znojnej,
Jeszcze mam na ustach ślad..."

... jak śpiewał Grzesiuk. Radzę wszystkim psiarzom przygotować się na ewentualnie kłopoty, nawet przy takim prostym zabiegu (dla dociekliwych: kastracja polega na otworzeniu worka mosznowego, odcięciu jąder od nasieniowodów, zawiązaniu tychże na supełek (sic.!) i zaszyciu worka).

Po pierwsze - kaganiec, który nie jest karą lub ograniczeniem, tylko rutynową czynnością, taką jak zakładanie szelek/obroży, czyszczenie łap po spacerze etc.

Po drugie: prowizoryczne wizyty u weterynarza, tylko po to, żeby pies jego pooglądał. Mogą być zakrapiane jakimiś super smaczkami (masło, suszone mięso, suszone ryby - bo mocno pachną). 

Ważne jest, żeby pamiętać, jak wielki stres taki zabieg może oznaczać dla psa. Nie tylko jest okaleczony, nie tylko obracany, gwałcony i przytrzymywany na siłę przez obcych ludzi, nie tylko go boli i źle się czuje - na domiar złego ma wokół szyi zawiązaną jakąś wielką, plastikową antenę, która nie mieści się pod stołem, między krzesłami, na schodach i do której trzeba się przyzwyczajać. Myślę, że można ten stres złagodzić odpowiednio przygotowawszy się do całej tej zabawy.

A oto i obiecane zdjęcia:

Za krótka żuchwa odsłania zęby w szczęce. ZAWSZE.

Powyższe zdjęcie zrobiłam jako pierwsze. Melon zorientował się szybko, że można się pobawić. Zatem:

Chaps, za rękaw!

Karmienie z ręki w ramach tresury:

karmienie z ręki? no problem.

A na pocieszenie i dowód, że wszystko dobrze się skończyło: uśmiechnięty, czujny i szalony jak dawniej!

Uśmiechnięty, czujny i zabawowy eunuch.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
magdalenoslawa
Czas publikacji:
piątek, 08 lutego 2013 12:50

Polecane wpisy

Komentarze

Dodaj komentarz

  • pscottie150 napisał(a) komentarz datowany na 2013/02/08 14:13:05:

    I tak najważniejsze jest pozytywne podejście!

Dodaj komentarz

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Kontakt ze mną: magdalenoslawa@gmail.com

Zapraszam również na
mój kanał na Youtube

Opcje Bloxa