Wpis

poniedziałek, 11 marca 2013

Spacer. Powrót Zimy, bagno i spalone drzewa.

Ach, jak przyjemnie, gdy wszystko rozmarza, a temperatura podnosi się na tyle, że można pławić się w promieniach słońca siedząc na ciepłej ziemi. Czysta przyjemność, a do tego inhalacja zapachami leśnego runa...

Marzec nie pozostawia na marzeniach suchej nitki. Pokazał nam, jak przyjemnie mogłoby być, a potem zaraz przypomniał, że jeszcze to nie czas. Zawsze bawi mnie i dziwi niemożność przyzwyczajenia się do prostego faktu, że na naszej szerokości geograficznej zima trwa przez pół roku i nie ma przebacz... Skoro całe życie spędzamy tutaj, a nie gdzie indziej, to czemu doszukiwać się wad w tym, że nie ma słońca, zamiast po prostu dać za wygraną i przyzwyczaić się do tego? Mi się udało i polecam, spada z głowy przynajmniej jedno zmartwienie-narzekanie. :)

Więc dzisiaj z rana (około 10:00) wyjechałam z Meloniszczem na spacer w trochę inne rejony, z zamiarem zgubienia się lekkiego w lesie. Poszliśmy starym szlakiem - starym dla mnie, pamiętam jak za kadencji poprzedniego psa jeździliśmy tam z rodzicami na rowerach - wzdłuż bagien, aby następnie ze szlaku zejść i skręcić w las, aby bagna ominąć od wchodu. 

Na początku szlaku zawsze stała mała chatka, wiecznie pusta, obok której rósł ogromny dąb. Lokalni piromanci (odpowiedzialni także za spalenie kościoła kilka lat temu, jak mniemam) zajęli się, ku mojemu zaskoczeniu, tym małym, opuszczonym domkiem i spalili go doszczętnie. Widok był dziwny i trochę przygnębiający, szczególnie w połączeniu z aurą marcowej niefrasobliwości...

 

Samotny domek nikomu nie przeszkadzał. Prawie.

 

Chłód, czystość powietrza i ptaki. Nie wiedziałam, że tyle ich mieszka w lesie! Nie tylko sroki i sójki, było mnóstwo innych, niestety nie jestem ornitologiem... wydaje mi się że widziałam nawet coś dużego i drapieżnego, wydawało dźwięki jak orzeł :) Melon był zafascynowany.

 

Bagienko. Bażanty.

 

Las jest jednocześnie cichy i próbujący wyciągnąć życie spod śniegu. Szkoda, że poszliśmy sami, weselej byłoby z kimś do pobiegania i rozmowy. Ale cóż - czasem trzeba oddychać i słuchać nie oczekując opowieści i dyskusji!

Po powrocie do domu (ach, pustego...!) Piesa czekało obgryzanie suszonych kurzych nóżek, a mnie przygotowanie grubych naleśników - pankejków z kardamonem, imbirem i cytryną. MNIAM.

Szczegóły wpisu

Tagi:
Autor(ka):
magdalenoslawa
Czas publikacji:
poniedziałek, 11 marca 2013 12:07

Polecane wpisy

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Kontakt ze mną: magdalenoslawa@gmail.com

Zapraszam również na
mój kanał na Youtube

Opcje Bloxa