Wpisy

  • wtorek, 10 grudnia 2013
    • Odpowiedzialność za drugie życie.

      Tytuł poważny, ale chyba musiała moja odwaga dojrzeć, abym mogła publicznie przyznać się do błędu. 

      Domyślam się, że dla jednych opisana sytuacja może wydawać się normalną. Dla innych: bezproblemową (nad czym ona się tak rozwodzi - to tylko szczur?). Inni mogą poczuć głębokie oburzenie, z którym się zgadzam. Piszę jednak tę krótką opowieść po to, aby szerzyć informację i doświadczenie. A sprawa jest ważna, ponieważ dotyczy życia pupila, wybranego przez siebie zwierzaczka. Dla mnie to bardzo ważne doświadczenie, za które wstydzę się i wiem, że więcej nie popełnię takiego błędu.

      Powiem od razu, z mostu: jednego szczura oddałam do adopcji, drugiego uśpiłam kilka miesięcy później. Poniżej opiszę, co się działo, ale wiem, gdzie popełniłam błąd: przy samej decyzji kupna szczura. Co dziwne, jako osoba, która chciała być odpowiedzialna za drugie życie, aby pomagało jej uporać się z własnymi psychologicznymi problemami, wciąż unikałam pełnej odpowiedzialności za to, jak żyją moje zwierzęta. 

      Kupiłam pierwszego szczura w zeszłym roku, chyba we wrześniu. Po prostu poszłam do sklepu zoologicznego, kupiłam najbardziej ciekawskiego samca (chciałam, żeby urósł duży), do tego klatkę, poidło, karmę, ściółkę, domek. I już, pojechałam "hodować" szczurka do domu, nie mając nawet zielonego pojęcia o tym, czego takie zwierzę potrzebuje. Myślałam: nie może być takie trudne, przecież to tylko szczur, wystarczy trochę uwagi, delikatności, dobrej karmy. 

      Po tygodniu zorientowałam się, że Steven jest na prawdę przygnębionym i nie radosnym zwierzakiem. Ze źródeł internetowych docierała do mnie wiadomość: szczur nie może żyć w pojedynkę. Żaden właściciel nie zastąpi szczurkowi potrzebnego dla równowagi psychicznej kontaktu: zachowań społecznych, kontaktu fizycznego, porozumiewania się ze swoim gatunkiem, wspólnych przepychanek/zabawy/eksploracji/przytulania. Jest to fizycznie niemożliwe.

      Więc poszłam jeszcze raz do sklepu zoologicznego. Wróciłam do domu z Brunonem. Bruno, dla odmiany, był wzięty, ponieważ miał ładną sierść, brunatną, zupełnie dziko-szczurzą. Okazało się wkrótce, że również charakter miał dziki. 

      Podobno obydwa szczury należały do tego samego miotu. Różnica tygodnia (półtora, nie pamiętam dokładnych dat), lub różnica psychiczna (być może Bruno był po prostu agresywny, nie skrzywdzony) sprawiły, że drugi szczur był tylko biegającym dzikusem, z którym nie było zbyt wiele kontaktu. Przybiegał na cmokanie, bo otrzymywał dostęp do nagrody (karmienie z ręki), ale zawsze jedzenie ode mnie pobierał "z przyczajki", wyciągając się jak długi aby uniknąć bliższego niż trzeba kontaktu, a następnie uciekając w kąt. Nie byłoby to tak przykre gdyby nie fakt, że ręka mu się kojarzyła wyłącznie z zagrożeniem: kilkakrotnie ugryzł mnie do krwi.

      Być może nie rozpoznałam dostatecznie problemu i nie zastosowałam koniecznych do resocjalizacji metod "pracy" z agresją Bruna. Nie miałam pojęcia, co się robi z agresywnym szczurem: teraz mam kilka pomysłów, ale w żaden sposób nie mogę sprawdzić ich skuteczności. Po pierwsze należałoby Brunowi zapewnić więcej ruchu, eksploracji, wycieczek, zawsze skojarzonych z możliwością powrotu do bezpiecznego azylu (bez moich rąk). Nie przemyślałam tego i nic przez to nie zmieniałam, przyjmując sytuację taką, jaka była. 

      Sprawa zaczęła się komplikować. Przeprowadziliśmy się do własnej kawalerki, zabrałam szczury ze sobą. "Teraz będą mogły biegać cały czas - nie będą im zagrażały koty!". Przeprowadzką pozbawiłam Chłopaków możliwości biegania po otwartym terenie (po ogródku), więc bardzo zmniejszyłam ich "świat" do eksploracji. Dla Bruna to było zbyt wiele.

      Awantury były coraz częstsze, karma z miski momentalnie lądowała wszędzie, cokolwiek znalazło się blisko klatki było zniszczone przez zęby, Bruno odganiał Stevena, rzucał się na niego, odpychał, kaleczył. Poszkodowany szczur miał na skórze pełno strupów, a Bruno nie przestawał. Klamka zapadła, gdy zaatakował mnie, w sumie bez widocznego powodu. Drzemałam na łóżku (materac leży na podłodze), szczury wypuściłam. Bruno postanowił podejść i ugryźć nie w czoło (oczywiście do krwi). Nie wiem, jak mogłam go sprowokować: leżałam bez ruchu, spokojnie, w końcu spałam - on postanowił spróbować. 

      I tak, Bruno poleciał do adopcji. Zaopiekowała się nim młoda dziewczyna (okazało się, że mieszkałyśmy w całkiem niedalekim sąsiedztwie), która szykowała się na większego gryzonia od dłuższego czasu. Była bardziej przytomna i odpowiedzialna, niż ja, więc Bruno zapewne żyje sobie w bezpieczeństwie i zdrowiu.

      Steven został sam. Od tego momentu można powiedzieć, że załączyło mi się myślenie życzeniowe, lekkie olewactwo, oddalanie od siebie rzeczywistej sytuacji. Po raz kolejny zostawiłam bieg wydarzeń samemu sobie, tylko obserwując, co się dzieje. Steven najpierw przytył, ożywił się, jeszcze bardziej otworzył. Strupy i ranki się zagoiły. Wtedy powinnam była albo i jego oddać, albo zdecydować się na drugie zwierzę, ponieważ po pewnym czasie zaczął się robić markotny.

      A jak tylko zaczął wpadać w depresję z samotności, spadła mu odporność organizmu. 

      Nie chciałam brać drugiego szczura, chciałam się pozbyć odpowiedzialności za zwierzę, którego nie rozumiem; ale zrobiłam to w okropny sposób, który przez chwilę dawał spokój, lecz w efekcie wylał się z gara wstydu i rozpaczy jak przegotowane mleko z rondla. 

      Steven chorował na zapalenie płuc, lecz tłumaczyłam sobie, że to mykoplazma, że wszystkie szczury to mają. Potrzymam go jeszcze trochę, jak zauważę, że za bardzo się męczy, to zabiorę go do veta i uśpię - taki miałam mądry plan.

      Nie zadałam sobie następujących pytań:

      1. Ile go potrzymam - i po co?
      2. Dlaczego udaję przed sobą, że umiem się nim zająć?
      3. Jak ocenię, że "męczy się za bardzo"?
      4. Czy wiem, co to znaczy uśpić zwierzaka?

      Potrzymałam go do listopada. Charkał okropnie, brudził ścianę wydzieliną z nosa i płuc. Gdy zobaczyłam, że wypada mu sierść, przestał jeść i najchętniej siedzi z głową zwieszoną poniżej reszty ciała, wzięłam go do kartonika, opakowałam ciepło i pojechałam do najlepszej (chyba najdroższej) kliniki w Warszawie, specjalizującej się w gryzoniach.

      Na miejscu już przeczuwałam wewnętrznie, że będzie mnie bolało.

      Trudno mi opisywać jeszcze raz, co się działo, ponieważ krótka rozmowa z weterynarzem obnażyła wszystkie kłamstwa, moje własne kłamstwa skierowane do mojego ego, że postępują "w porządku" i że "wszystko jest OK". 

      Otóż nie było OK.

      Już na samym wejściu rozkleiłam się. Weterynarz wzięła szczura natychmiast na rendgen, potem umieściła w waporyzatorze z lekami - inhalacja antybiotykami. Wyjaśniła, że zwierzak jest okropnie niedotleniony. Na zdjęciach pokazała pęknięte oskrzela, powiększone serce. Dotarło do mnie jak walnięcie kowadłem w pysk: znęcałam się nad własnym zwierzęciem, tylko po to, żeby nie przyjąć odpowiedzialności za jego zdrowie i nie przyznać się, jak bardzo nawaliłam na całej linii. To niestety nie był koniec, a historia nie miała happy-endu. Poinformowała mnie o koszach leczenia: na dzień dobry 200 złotych, potem za kolejny tydzień jeszcze 200zł. Czterysta złotych za moją głupotę - wystarczyło zgłosić się ze szczurami znacznie wcześniej, żeby podawać im antybiotyk doustnie (który kosztuje ok. 2 zł dziennie). Rokowanie: oczywiście złe, najwyżej podarujemy Stevenowi kilka miesięcy życia w lepszych warunkach. A mnie nie było stać, żeby przeprowadzić leczenie... Za mieszkanie moja składka wynosi 600zł. Nie trudno się domyślić, że płacę z własnych oszczędności, a nie zarabiam i ledwo w listopadzie ciągnęłam: czasem nie miałam kasy na obiad. 

      Zostawiłam Stevena w inhalatorze, na kilka godzin - miałam wrócić wieczorem, przed zamknięciem, aby naradzić się co do następnych kroków. 

      Wiedziałam, że mnie na to nie stać - i to była jedna z najokropniejszych świadomości, jakie mnie dopadły. Nie mogłam zapewnić zwierzęciu dobrobytu - ZDROWIA - chociaż w moich dłoniach leżała cała za niego odpowiedzialność.

      Wieczorem wróciłam, z chłopakiem dla wsparcia, aby powiedzieć, że nie mogę kupić szczurowi leczenia i że podjęłam decyzję o eutanazji. 

      Lekarka posmutniała, bo bardzo zajęła się sprawą szczura, zaangażowała się. Było mi na przemian okropnie wstyd i rozdzierał mnie żal i rozczarowanie sobą. Chciałam zostać na samo uśpienie, ale w końcu nie wiem co się stało, że nie zostałam. Potrzymałam Stevena jeszcze na rękach, "żegnając się" z nim (bo co to znaczy pożegnać się - uczestniczą w tym dwie strony, a ja nie byłam nawet pewna, czy on bezpiecznie czuł się u mnie na rękach). Był ciepły i na prawdę padnięty, widać antybiotyki zdążyły już uderzyć. Odstawiłam do na stół i wyszłam.

      Zapłaciłam te nędzne 200 złotych, wyszłam i popłakałam się na serio dopiero za drzwiami. 

      Ta historia jest dla mnie olbrzymią porażką. Nie powinnam była doprowadzić swojego zwierzęcia do takiego stanu. Z drugiej strony także, znając swoje tendencje do "samokarania się", może powinnam była pożyczyć pieniądze od kogokolwiek; nie zrobiłam tego, ale może dzięki temu w okrutny sposób dałam sobie znać: "nigdy więcej brania odpowiedzialności z zachcianki lub z przypadku". 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 grudnia 2013 17:54
  • sobota, 17 sierpnia 2013
    • Krótki powrót!

      Szanowni Czytelnicy, 

      pragnę oznajmić Wam, że na chwilę Melon znów będzie Spacerował, a ja z nim. Przerwa we wpisach wynika z prostego powodu: już nie mieszkamy razem... Na wakacje Melon przeniósł się na Suwalszczyznę, a wraca w poniedziałek. Ponieważ stęskniłam się za swoim futrem, postanowiłam zorganizować tygodniowy wypad nad morze i do Trójmiasta.

      Zatem powrócą na chwilę opisy naszych ludzko-psich wybryków, podróży, wskazówek, a przede wszystkim - spacerów.

      Hau. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      sobota, 17 sierpnia 2013 18:02
  • środa, 15 maja 2013
    • Małe co nie co - czyli czemu psy nie oddają patyka?

      Ostatnio wraca nam problem agresji Melona wobec psów - a konkretniej wobec owczarków australijskich (nakrapiane trikolor, niebieskie oczy, wysokość do kolana). Raz załatwiłam mu niezbyt szczęśliwie spacer z takim psiakiem, który w swojej seksualnej frustracji próbował go gwałcić... Melon oganiał się od niego uciekając, kuląc się, opędzając pyskiem - nic na natręta nie działało, więc w końcu doszło do awantury: krzyki, wrzaski, starcie "na klaty" (Melonowe myślenie: "No nic do niego nie dociera, a jak mu zrobię awanturę to przynajmniej rozładuję swoją złość")... trwało to może dwie sekundy, ale Melon i tak to zapamiętał. I tak to trwa...

      W okolicy mieszkają bardzo sympatyczni właściciele łagodnego i sympatycznego owczarka australijskiego o imieniu Karmel. Co zabawniejsze, wołają na niego Mel, od "Carmelo"... A mój Mel go nienawidzi, wzorem rasisty, wyłącznie za wygląd. Spotkaliśmy się przypadkiem w lesie koło domu, Melon z miejsca postanowił rzucić się z najeżoną sierścią i bluzgami, tak na wszelki wypadek, żeby go odgonić - i gdyby nie obecność wielkiego, łagodnego Mastiffa, który ich rozdzielił, Melon zagoniłby Karmela gdzie pieprz rośnie. Postanowiliśmy wspólnie przejść się kawałek "na próbę" i "na uspokojenie". Wszystko grało, ale postanowiłam na nieszczęście rzucić Melonowi patyk. Oto, co się stało (po raz pierwszy w jego psim życiu!)

      Melon poleciał za patykiem, dorwał go pierwszy.

      Wracając do mnie z aportem wyszły mu naprzeciw pozostałe dwa psy.

      Melon upuścił patyk, żeby uniknąć sytuacji w której inny pies trzyma ten sam patyk w pysku - złe doświadczenia ze sfrustrowanym owczarkiem niemieckim sąsiadów.

      Karmel schyla się po patyk.

      Melonowi pierwszy raz w życiu uruchamia się agresor pod tytułem "HEJ, TO MÓJ PATYK!!!"

      No i awantura, szczęki w locie, skoki i uniki. A ja czerwona, zawstydzona, zmartwiona i przestraszona...

      Według behawiorystów, Melon przejawił agresję w celu obrony jakiegoś zasobu. Wszyscy dobrze znamy (tak mi się wydaje) różne sytuacje, gdy pies nie lubi, jak się rusza jakąś z "jego" rzeczy, lub warczy i broni się, gdy podchodzi się do jego pełnej miski. Zasobem może być dla psa wszystko: miejsce (buda, kocyk, kanapa, kąt w pokoju), przedmiot (zabawka, piłka, szmata, patyk), często właściciel. Agresja pojawia się, gdy posiadanie zasobu jest zagrożone: inny pies włazi na jego miejsce, człowiek podchodzi żeby zabrać szmatę, którą właśnie pies obrabia, lub właściciel zaczyna głaskać inne zwierzę. Cała sztuka polega na tym, żeby nauczyć psa, że zabieranie "jego" rzeczy jest tylko na chwilę i że jest nagradzany za to, że zachowuje spokój. I tak: szarpiąc się z Melonem sznurem, raz na jakiś czas każę mu go puścić: gdy psie szczęki się rozwierają, wracamy do zabawy. Dla psa to jasny sygnał: "o, zabrała mi moją zabawkę, ale nie ma co się wkurzać, to element zabawy, zaraz wróci". Podobnie z miską: "jak ona podchodzi do miski, kiedy jem, to znaczy, że będzie więcej jedzenia. Nie mam co się denerwować!". Mogę mu głowę do michy włożyć, a wiem że to nie wywoła agresji - nawet zabranie jeszcze niewyjedzonej miski nie będzie dla niego odbieraniem zasobu, bo wie, że dostanie ją z powrotem - bo było tak od zawsze. Warto pamiętać, że pies raczej nie żyje w przeciągłym przekonaniu, że jest królem na swoim terenie i nie będzie bronił zajadle wszystkiego, co pachnie jego zapachem. Chodzi mi tu o zaznaczenie, że tak jak dzieci nie lubią, gdy odbiera się ich zabawkę, tak psy też nie lubią, gdy pozbawia się je zasobu - z tą różnicą, że dzieci nie mają ostrych zębów, nie szczekają i nie mają instynktów drapieżniczych... 

      Tak więc, wracając do sytuacji ze spaceru z Karmelem: Melon postanowił obronić patyk, choć nigdy wcześniej nie miał takich pomysłów. Nałożyły się pewnie jego doświadczenia z owczarkiem australijskim (Melon: "Jak tamten mnie tak męczył, to na wszelki wypadek tego też pogonię, nigdy nic nie wiadomo!"), spacer ze mną (ostatnio rzadko bywam w domu), obszczekiwanie innych psów (frustratów zza siatki), niepotrzebna zabawa patykiem (nie do przewidzenia :) ) i pewnie jeszcze kilka innych spraw... Serio, psi mózg na prawdę działa w skomplikowany sposób.

      Jedyną radą, jak mi się wydaje, byłoby puszczenie Melona, Karmela i łagodnych psów - rozdzielaczy, wolno na jakimś dużym terenie. Idealnie byłoby, gdybym była nieobecna, wtedy Melon nie miałby powodu, żeby bronić czegokolwiek... i miałby czas, żeby zobaczyć, ze Karmel nie ma zamiaru go gwałcić, grzecznie się odwraca, kładzie ogon, nie nalega na kontakt, zachowuje kulturalną odległość... i że nie ma powodu, żeby go gonić :) Ach, wszystkim nam przydałyby się wakacje...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      środa, 15 maja 2013 21:17
  • środa, 24 kwietnia 2013
    • Aktywności. Bieganie, czyli kto się szybciej zdyszy oraz Szczury, czyli mała eksploracja.

       

      Na schodkach

      Skoro wiosna uderzyła zupełnie letnimi tonami w struny pogodowej harfy, a i zdarzyła się okazja (pusty żołądek i kiszki), poszłam wybiegać siebie i wybiegać Melona. Sport, aktywność fizyczna, prosta zabawa, tlen i mokre plecy - na prawdę, kto nie zaznał, ten trąba. Podnosi ciśnienie, zwiększa motywację etc, etc. Po prostu dobra zabawa. 

      Trasy nie mam w pełni zaplanowanej, a i sposobu nie mam żeby jednoznacznie określić, jaki dystans mam przebiec. Zmieniłam więc nudne bieganie w kółko wyliczoną trasą na po prostu bieganie "kreatywne" z psem. Tak więc - do lasu!

      Najpierw prosto, później w lewo bo z prawej jakaś pani z wózkiem, i na ścieżkę "rowerową", między drzewa. Zabawa polegała na tym, kto się zmęczy szybciej - i trudno powiedzieć, czy to byłam ja (pozbawiona kondycji), czy mój tłustawy border (ciałko jeszcze zimowe, karmione wysokoproteinową karmą, zupełnie z przypadku)... 

      Koniec końców, wracając już do domu, szliśmy równie zdyszani i zadowoleni, noga w nogę. 
      "Ale było fajnie!" :) 

      Jeśli chodzi o nowości Szczurowe - ponieważ Szczurosławy również mieszkają w naszym przybytku - wiosna, zasnute niebo i brak zimnego wiatru zachęcił mnie do zaoferowania nowej rozrywki gryzoniom. Klateczkę wystawiłam zatem do ogrodu, w zaciszny kącik, zaraz obok mojego okna (pokój mam w pomieszczeniu piwnicznym). Zamknęłam wszystkie dwoje drzwiczek i wyszłam pobiegać...

       

      Klateczka

      Kiedy wróciłam, przypomniałam sobie, że klatka ma troje drzwiczek... i z przerażeniem poleciałam szukać gryzoni, narażonych na ataki własnej ciekawości oraz ciekawości moich kocurów. Na szczęście - szczury to nie myszy, więc owszem, chłopaki pozwiedzali okolice klatki, ale wykazali się inteligencją i nie oddalili się znacznie. Wzbudzili zainteresowanie całej mojej psio - kociej fermy, ale towarzystwo zostało rozgonione, a szczury mogły kontynuować swoje poznawanie terenu. Zorganizowałam im urozmaicenie w postaci wielkiego, pachnącego sosnowego pnia do wspinaczki i misy z wodą ("basen"). Lecę zobaczyć, jak sobie chłopaki radzą...

        Ciekawość

      Przy okazji pozwolę sobie na drobną retrospekcję. Szczury są u mnie w domu od września i tak na prawdę dopiero od dwóch - trzech miesięcy mogę spokojnie zostawić Melona samego z Chłopakami (szczurami) w pokoju...

      Zaczęło się tragicznie (prawie!), ponieważ nie przemyślałam, jak przeprowadzić akcję "zapoznanie". Nie miałam też pojęcia, jak pies może reagować na gryzonie: a zareagował GIGANTYCZNĄ podnietą, włącznie ze skakaniem, piszczeniem, szczekaniem. Musiałam szczury przed nim schować dla ich bezpieczeństwa, a Melona wyprowadziłam na dwór. 

      Wył przez pół godziny.

      Jak pozwoliłam mu wrócić, biegał po całym domu, szukając i węsząc szczury. 

      Całe przyzwyczajanie go do szczurów polegało przede wszystkim na tym, żeby nie podniecał się będąc blisko klatki i żeby podchodził do nich na spokojnie. Nagrałam w styczniu/lutym filmik, aby pokazać jak ćwiczyłam z Melonem, wychwytując momenty, gdy zwraca uwagę na mnie, a nie jest w pełni "sfokusowany" na klatce. W mrokach historii i tunelach cyfrowej twierdzy komputera zaginął, lecz gdy tylko go odnajdę, wrzucę :)

      A oto i Steven, czyt. Stiwen, nazwany imieniem fizyka Stevena Hawking'a.

        Staven

      Drugiego szczura nazwaliśmy bardziej patriotycznie - nosi on imię Brunona Szulca. Odznacza się jednak dużą nieśmiałością, więc uchwycenie go "na trawce" było tym razem niemożliwe.

      Rozstawiłam pułapki na szczury (w postaci kocich chrupków), aby zachęcić je do zwiedzania:

      Pułapki na ciekawość 

      A tutaj szczurza mordka z bliska, Steven i jego błękitna tęczówka.

      Steven z bliska

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      środa, 24 kwietnia 2013 12:40
  • środa, 17 kwietnia 2013
    • Spacer. Powrót Wiosny? Czyli podrygi na topniejącym błocie.

      Choć dawno nic godnego uwagi się nie wydarzało, należy się jednak Światu kolejna porcja Melona.

      Zatem, lekko retrospektywnie, postanawiam wrzucić kilka zdjęć z naszego dawnego spaceru. Kilka tygodni temu zapanowała na kilka odwilż - zapewne wszyscy ją pamiętacie, bo po niej Zima przyszła mścić się okrutnie jeszcze przez kilkanaście dni. Widać, jak bardzo walczyły ze sobą... Świat na pół między siebie rozdzierając!

      Wiosna, panie, wiosna!

       

      Spacerek był typowo relaksacyjny, zatem zrobiliśmy kilka kilometrów w lesie, podążając zaśnieżony jeszcze szlak turystyczny. Nie obyło się jednak bez najprostszych form aktywności, tj. ganiania badyli, przywołania, no i skakania, które bordery uwielbiają... 

       

      Cóż za futurystyczna dynamika! Pęd wichru wślizguje się wężowo pomiędzy rozczochrane włosie, łapy uniesione wysoko, podkulone profesjonalnym gestem rasowego czempiona, a w oczach wilcze skupienie...

      Słowem, namawiałam go kilkakrotnie, żeby skoczył przez tę kłodę, a on stał i gapił się tymi głupawymi guziczkami, udając, że "w sumie to cię słyszę, ale o co ci chodzi...?"

      Mijaliśmy także elementy natury mniej-ożywionej, jednak wciąż zaniepokojonej uderzeniem słońca - czyli pan Zdziwione Drzewo. "Uuu, to już wiosna?"

      Zdziwione wiosną drzewo.

       

      Na koniec proponuję nieco product-placement'u, choć producent piwa nie wie o moim istnieniu. Ha! Powinni nam zapłacić :)

      Zimne piwo...

      A tak w ramach Post Scriptum, uczestniczyłam w warsztatach dotyczących agresji wśród psów. Myślę, że następna notatka będzie się do tejże wiedzy odwoływać - a dowiedziałam się tego i owego o tych naszych Drapieżnikach... Ale bez obaw. Nie będzie długo! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Spacer. Powrót Wiosny? Czyli podrygi na topniejącym błocie.”
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      środa, 17 kwietnia 2013 22:45
  • poniedziałek, 18 marca 2013
    • Horror Schroniska

      Chciałabym bardzo pokazać Wam, jak ważna jest decyzja o przyjęciu psa jako pupila domowego. A dokładniej - co psa czeka, gdy nie jesteśmy w stanie zapewnić im normalnego życia i gdy zaczynają wymykać się spod kontroli - gdy właściciel decyduje, że pozbędzie się swojego psa, gdy pies ucieka, ginie, jest ukradziony i wyrzucony, lub po prostu wywalony z auta na drodze.

      Zatrudniłam się jako wolontariusz w schronisku dla zwierząt. Chcę wam powiedzieć, że jako całkiem doświadczona w kontakcie ze psem osoba, rzeczywistość tej "psiarni" przeszła przez wszelkie akceptowalne granice, a zwierzę, które przebywało w takim miejscu przygarnęłabym tylko z dobroci serca i z pełną świadomością traumy, jaką przeżywa.

      Na początek kilka prostych faktów: piesy, jako drapieżniki, śpią przez większość dnia. Potrzebują 16 - 18 godzin snu dziennie, czyli znacznie więcej, niż nasze błahe 8 - 9 godzin nocnych. Każde stworzenie musi: biegać (bo ma nogi), czuć się gdzieś bezpiecznie (np. w jamie), polować (jeśli jest drapieżnikiem), no i jeść. Schronisko dla zwierząt zapewnia tylko to ostatnie. 

      Mój border chodzi przynajmniej godzinę dziennie ze mną, plus krótsze spacery z innymi członkami rodziny. Średnio raz na tydzień jeździmy z innymi zaprzyjaźnionymi piesami "na łąki", gdzie mogą biegać wolno na otwartej przestrzeni i socjalizować się w grupie. Niedobór spacerów staram się nadrabiać ćwiczeniami wymagającymi skupienia uwagi: chodzenie przy nodze, sztuczki, przynoszenie aportu: a wszystko nagradzane jest zabawą / jedzeniem. Mój drapieżnik nie jest głodny, może "polować" i za to dostać jedzenie, a przez większość dnia ma spokój, więc może spać. Ma cichy dom do dyspozycji, z którego nikt go nie wygania nagle o nieokreślonych godzinach, gdzie nikt nieproszony nie wchodzi, gdzie śpi i je.

      Przykładowy husky, którego zobaczyłam w schronisku, nie jest głodny. A poza tym? Z jego historii wynika, że ktoś go porzucił (nic dziwnego, jak się bierze husky nie wiedząc nic o północnych rasach), znaleziono go i wrzucono do boksu schroniska. Wychodziło z nim na spacery kilka osób, jednak skończyła się ta "sielanka", gdy na jednym ze spacerów, przy próbie ataku na psa szalejącego za płotem, wolontariuszka próbowała zablokować mu drogę nogą, co skończyło się przekierowaniem agresji (czyt. dziurą w nodze dziewczyny). Od tego momentu pies właściwie nie wychodzi. Na małym poletku schroniska znajduje się całe multum takich klatek, w których siedzą także psy zupełnie dzikie i psy "stróżujące" - co kończy się nieustannym, okropnym i trudnym do zniesienia hałasem. Co w związku z tym? Powstaje proste pytanie: kiedy pies ma spać? Husky potrzebuje bardzo dużo ruchu. Powstaje drugie pytanie: czy ograniczenie wolontariuszom dostępu do tego psa, ograniczy problem z jego "agresją"? 

      Wyprowadziłam dwa psy podczas swojej wizyty. Obydwa zamknięte, nie wystraszone a przerażone, "wygłuszone" na szczeki całej półdzikiej bandy. Trzymane są w klatkach, często bardzo blisko siebie, niewygłuszonych,. 15 -minutowe spacery raz dziennie nie wystarczą, żeby otworzyć takiego zwierzaka. A gdy jest wystraszony - nie wiadomo jaki jest. Często "agresja" spowodowana jest głęboką frustracją. Jeśli nie zapewni się psom optymalnego minimum, trudno mówić o "kandydatach" do adopcji - taki pies nie będzie zachowywał się słodko i normalnie. A minimum jest proste - cisza i izolacja psów od siebie. Od tego powinno się zacząć, by móc z tych zwierząt wyciągnąć "słodkie dzieciaki", takie, jak choćby mój Melon.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 18 marca 2013 14:13
  • poniedziałek, 11 marca 2013
    • Spacer. Powrót Zimy, bagno i spalone drzewa.

      Ach, jak przyjemnie, gdy wszystko rozmarza, a temperatura podnosi się na tyle, że można pławić się w promieniach słońca siedząc na ciepłej ziemi. Czysta przyjemność, a do tego inhalacja zapachami leśnego runa...

      Marzec nie pozostawia na marzeniach suchej nitki. Pokazał nam, jak przyjemnie mogłoby być, a potem zaraz przypomniał, że jeszcze to nie czas. Zawsze bawi mnie i dziwi niemożność przyzwyczajenia się do prostego faktu, że na naszej szerokości geograficznej zima trwa przez pół roku i nie ma przebacz... Skoro całe życie spędzamy tutaj, a nie gdzie indziej, to czemu doszukiwać się wad w tym, że nie ma słońca, zamiast po prostu dać za wygraną i przyzwyczaić się do tego? Mi się udało i polecam, spada z głowy przynajmniej jedno zmartwienie-narzekanie. :)

      Więc dzisiaj z rana (około 10:00) wyjechałam z Meloniszczem na spacer w trochę inne rejony, z zamiarem zgubienia się lekkiego w lesie. Poszliśmy starym szlakiem - starym dla mnie, pamiętam jak za kadencji poprzedniego psa jeździliśmy tam z rodzicami na rowerach - wzdłuż bagien, aby następnie ze szlaku zejść i skręcić w las, aby bagna ominąć od wchodu. 

      Na początku szlaku zawsze stała mała chatka, wiecznie pusta, obok której rósł ogromny dąb. Lokalni piromanci (odpowiedzialni także za spalenie kościoła kilka lat temu, jak mniemam) zajęli się, ku mojemu zaskoczeniu, tym małym, opuszczonym domkiem i spalili go doszczętnie. Widok był dziwny i trochę przygnębiający, szczególnie w połączeniu z aurą marcowej niefrasobliwości...

       

      Samotny domek nikomu nie przeszkadzał. Prawie.

       

      Chłód, czystość powietrza i ptaki. Nie wiedziałam, że tyle ich mieszka w lesie! Nie tylko sroki i sójki, było mnóstwo innych, niestety nie jestem ornitologiem... wydaje mi się że widziałam nawet coś dużego i drapieżnego, wydawało dźwięki jak orzeł :) Melon był zafascynowany.

       

      Bagienko. Bażanty.

       

      Las jest jednocześnie cichy i próbujący wyciągnąć życie spod śniegu. Szkoda, że poszliśmy sami, weselej byłoby z kimś do pobiegania i rozmowy. Ale cóż - czasem trzeba oddychać i słuchać nie oczekując opowieści i dyskusji!

      Po powrocie do domu (ach, pustego...!) Piesa czekało obgryzanie suszonych kurzych nóżek, a mnie przygotowanie grubych naleśników - pankejków z kardamonem, imbirem i cytryną. MNIAM.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 11 marca 2013 12:07
  • piątek, 01 marca 2013
    • Spacer. Powrót wiosny!

      Powróciły zapachy. Las odtajał, ziemia puściła soki, nasączona topniejącym śniegiem. Drzewa, jakby przebudzone, trzeszczą i tańczą zgodnie z wiatrem. Słońce przebija przez siwą warstwę chmur, wszystko zaczyna oddychać. Łapa Melona ląduje w kałuży i zanurza się po łokieć - a za nią pozostałe trzy... Biała kryza pod brzuchem i na szyi przybiera kolor błota, od którego kałuża mętnieje. 

      Skoro już wytarłam ślady bytności brudnego psa w kuchni, salonie, przy wejściu, w korytarzu i na schodach, mogę powiedzieć, że wszytko na wiosnę wydaje się zmęczone - nawet mój pies. Dużo śpi, a nawet jak nie śpi, to porusza się od niechcenia. Bawi się tak jak zawsze, ale sam zabawy nie zaczyna, woli węszenie, spacer truchtem, żucie patyków... Mój Border stał się CUDOWNY jak rettriver :) 

      Melon, Las, roztopy

      Zdarza się, że w lesie (pusto, cicho, atmosfera rozluźnienia) po prostu człapie za mną noga w nogę: wtedy mówię "biegaj!", wyprzedza mnie i zajmuje się węszeniem. Rozluźnienie aż prowokuje mnie do szybszego marszu, tropienia saren, wąchania mocnego wiatru - Melon mi asystuje, a wszystko to odbywa się w ciszy. Próbuję w ten sposób nauczyć go skupienia uwagi na mnie i reagowania na drobne gesty rąk, głowy, ramion. Nawet się udaje!

      Polecam mały sposób na lokalizowanie swojego (spokojnego!) psa, nawet w nocy w ciemności: doczepiłam Melonowi do szelek dodatkową klamerkę - karabińczyk, który obijając się o metalowe kółka uprzęży cicho brzęczy - nie muszę patrzeć by wiedzieć, gdzie jest mój pies. Numer ten stosuję tylko w znanej mi części lasu, gdzie spotkanie ludzi, psów i innych paskud jest równie nieprawdopodobne co przewidywalne.

       

      Polecam spacery w słońcu i ciepłym wietrze, odprężenie i zadowolenie gwarantowane! 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      piątek, 01 marca 2013 14:16
  • poniedziałek, 25 lutego 2013
    • Spacer. Melon i Nepal, część kolejna.

      Niedzielne popołudnie przedzachodowo - słoneczne było jednym z najprzyjemniejszych od dawna. Umówiłam się z Darią, Piotrem i ich Nepalem na spacer po Starej Miłosnej, a dokładniej: na spacer z celem, czyli herbatą/piwem w leśnym barze. Nigdy wcześniej tam nie byłam, a perspektywa kupienia sobie czegoś i posiedzenia przy ogniu nadawała całej wyprawie głębszy sens :)

      Tak więc ruszamy. Do "punktu Zero" musiałam dostać się autobusem, ponieważ rodziciele odebrali mi samochód celem zrobienia zakupów. Niestety, nie kupiłam jeszcze Melonowi kagańca, co implikuje to, że nie umie w nim chodzić - ale na szczęście obyło się bez czepialstwa, autobus był właściwie pusty.

      Melon jako dosyć łagodne zwierzę nie musi (według mnie, zadurzonej w nim właścicielki) nosić kagańca, w końcu jest tresowany i w ogóle. Trzeźwo jednak patrząc - nic bardziej mylnego. To, że mój pies nigdy w życiu nikogo nie zaatakował (z człowiekowatych, pogonił jednego piskliwego bezdomnego pseudo-pinczera), nie znaczy, że będzie tak zawsze. Co mam na myśli? Sytuacje awaryjne. Przykładowo: trzeba zawieźć psa do weterynarza w Warszawie, a samochodu nie ma. Jest środek dnia, a do autobusu ładuje się wycieczka drugoklasistów. Czterdziestoosobowa, niech będzie. Mój Pieso wygląda poczciwie i słodko, więc dzieciaki zaczynają go głaskać po głowie, pochylać się itd., nie zwracając uwagi na moje prośby o przestanie. Melon nie przepada za dziećmi (trochę moja wina, trochę wina kolegów mojej siostry - takie tam szczeniackie przeżycia), więc zaczyna się bronić, próbując "wywalczyć" sobie przestrzeń - zawarczy, uderzy pyskiem. To już dla normalnych ludzi (nie szalonych psiarzy) oznacza, że pies jest agresywny i że nie powinnam go wozić transportem publicznym, bo na pewno zrobi komuś krzywdę. To hipotetyczna sytuacja, lecz prawdopodobna. Raz w życiu zostałam "pogoniona" przez kierowcę lokalnego autobusu, który kazał mi wyjść z pojazdu i przypomniał o nakazie zakładania psom kagańca. Dla świętego spokoju ducha kupię go w końcu i przyzwyczaję Melona.

      Wracając do spacerowania: do naszego Celu Nad Celami było jakieś 2,5 - 3 km. Po drodze spotykaliśmy inne psy, rowerzystów, spacerowiczów, więcej psów, trochę psiarzy, dzieci na sankach, kupy końskie i nie tylko, narciarzy biegowych (?). Emocji co nie miara, a psy zachowywały się... idealnie. Jeszcze nigdy nie byłam tak dumna ze swojego Bordera! Był rozluźniony, uważny, reagował na komendy, nie skakał na przechodniów, podchodził z ostrożnością i ciekawością do innych psów, bawił się z nimi. Gdy zaczął się nudzić, już po dotarciu do baru, kazałam mu zrobić kilka sztuczek polegających na wskakiwaniu na pieńki i chodzeniu po ławkach, to jedna z Pań robiła mu zdjęcia, ciesząc się i uśmiechając. 

      Spotkaliśmy młodego wariata-husky-owczarka, o jednym niebieskim oku. Kazał się gonić Melonowi i Nepalowi, krążyli dobre kilka minut wokół nas - właścicieli. Zrobiło się nerwowo, bo Nepal boi się agresywniejszych zabaw (tarmoszenia kijów, dzikiej gonitwy) i zaczyna wtedy straszyć inne psy, uderzając zębami. Młody jednak był nieogarnięty społecznie i nie wiedział, jak na to reagować, więc zanim doszło do pogłębiania sporu rozdzieliliśmy się i poszliśmy w przeciwnych kierunkach. Melon dziwił się, próbował wchodzić między nich (rozdzielić), jednak reagował na moje komendy, przyszedł, gdy go przywołałam. 

      Spotkaliśmy też golden rettriver'a. Melon uwielbia Godleny, są słodkie, przyjazne i łagodne. Jak jeszcze miał jajka to uwielbiał je gwałcić ( :D ), teraz został mu "sentyment". Suczka musiała pachnieć, bo Nepal po pewnym czasie zabawy zaczął wspinać się... na Melona. Trzeba było go zdejmować... Daria mówiła, że chodzi o zaznaczenie dominacji w tej grupie, ale ja nie jestem przekonana. Co miałoby to dokładnie znaczyć? Psy nie posługują się dominacją w sensie prostym i dosłownym. Zaciekawiło mnie to zachowanie, muszę poczytać, poszperać, popytać. Melon nie odganiał Nepala agresywnie, lecz "biernie", kładąc się na ziemi brzuchem do góry. 

      Spotkaliśmy zestresowaną labradorkę, która po sterylizacji stała się agresywna wobec psów. Wyłącznie wobec innych psów. Jej pani odmówiła spuszczenia jej ze smyczy, a gdy Melon podszedł, rzeczywiście ujadała na niego, rzucała się w jego kierunku i kłapała zębami. Melon postanowił nie podchodzić. Jeszcze pół roku temu bałabym się zbliżyć do takiej suczki, będąc przekonaną, że Melon zacznie się jej odgryzać. Jakaż zmiana!

      Spotkaliśmy też wielkiego bernardyna, małego sznaucera, wielką niemiecką owczarzycę, głaszczącą po pysku panią, krzyczące dzieci i kupy końskie. W każdym momencie Melon zachował się z dostojnością i spokojem: do psów podchodził "kulturalnie" i uważnie, po lekkim okręgu, dawał znaki że "przybywa w pokoju i zabawie" (unoszenie łapki, kłanianie się, odwracanie wzroku, nisko trzymany łeb, szybkie oblizywanie po nosie). Nie wytrzymał przy kupie, tak ładnie pachniała że się wytarzał... na szczęście nękający go Nepal "wytarzał" jego wytarzane plecy w śniegu, więc zanim dotarliśmy do domu wszelkie wytarzanie było wytarte. 

      A w domu? Pies się zdematerializował na resztę dnia. Spał w swojej "budzie" pod biurkiem mamy, obudził się na przekąski i wieczorne siku. Wybornie, wybornie, wybornie!

      Chciałabym móc organizować więcej takich wspólnych spacerów, są przyjemne po równi dla ludzi i zwierząt. Nie ma lepszej dla mnie frajdy (oprócz picia czekolady), niż patrzenie na sforę ganiających się psów. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 lutego 2013 18:02
  • środa, 13 lutego 2013
    • Szkolenie. Tor przeszkód!

      Całe szczęście, że nuda może mobilizować, jeśli odpowiednio się ją przekieruje. 

      Nie, nie chciało mi się iść na spacer - tak po prostu. Znowu ten las, nudy, cisza, nie ma do kogo gęby rozdziawić. Poza tym mnóstwo innych spacerowiczów w lesie, więc ciągle musiałam uważać, żeby Melon kogoś nie przywitał pod moją nieprzytomność. Wróciłam zatem szybko do domu, żeby zorganizować w ogródku mały tor przeszkód. Bordery podobno uwielbiają hasać w ten sposób, czas się dowiedzieć.

      Zatem:

      Stół. Do wskakiwania. Melon wskakuje jak wariat.

      Stół. Można go nazwać narzędziem do Agility, ale to zbut dumnie brzmi. Zabawa polega na tym, że Melon wskakuje na moje skinienie i zeskakuje na komendę. Następnie podbiega do następującego toru przeszkód:

      Tor przeszkod

      Oczywiście, nie udało się za żadne skarby za pierwszym razem. Podniecenie Melona uniemożliwiło mu myślenie, więc latał bezładnie pomiędzy tym wszystkim. Najlepiej idzie mu obchodzenie słupka, a najgorzej... czołganie się pod deskami. O dziwo łatwiej mu je przeskoczyć, chociaż przeszkoda jest bardzo szeroka. Kolejny punkt programu to slalom między deskami pod tarasem. O dziwo wyszło mu to świetnie, nie zawracał i nie kombinował za bardzo. 

      slalom babe!

       

      Jeszcze nie wymyśliłam kolejnych przeszkód, ale tak na prawdę powinnam ćwiczyć je wszystkie po kolei. Jest jeszcze jeden element tej "próby inteligencji", ale ćwiczę go oddzielnie, ponieważ wymaga spokoju i skupienia. Przed rozpoczęciem ćwiczenia kładę na ziemi drewnianą małą paletę, około 50x50 cm. Trzymam w ręce kliker, w drugiej smaczki - nagrody i klikam za każdym razem, jak Melon podchodzi coraz bliżej do palety, na nią spojrzy lub machnie w jej kierunku łapą: ruch pupala - klik! Kroczek w kierunku palety - klik! Postawienie łapy - klik! Łapa na palecie - klik! Druga łapa na palecie - klik! I koniec na ten raz, pieso spisał się bardzo ładnie. Muszę klikać w szybkim tempie, bo inaczej Melon zaczyna kombinować za bardzo! Celem ćwiczenia jest to, żeby stawał wszystkimi czterema łapami na palecie. Jeszcze nie wiem, co z tym zrobię dalej, ale było to jedno z ćwiczeń używanych podczas szkolenia do wyrobienia "świadomości łap" u psa - żeby wiedział, gdzie je stawia. W ten sposób można np. nauczyć go biegania z jedną łapą w górze!

      Ponieważ brak mi operatora kamery, trudno mi zrobić jakiś materiał, który mogłabym tutaj pokazać. Polecić natomiast mogę różnego rodzaju materiały na YouTube, choćby i taki, dokumentujący szkolenie border collie Nana:

       

      Szczekajcie Radośnie! :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Szkolenie. Tor przeszkód!”
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      środa, 13 lutego 2013 17:11