Wpisy

  • czwartek, 24 stycznia 2019
    • Karmy Hipoalergiczne - długa podróż bez końca (i z wypadającym futrem)

      Aby opowiedzieć historię naszych przeżyć z karmami hipoalergicznymi, należy zapoznać Was z każdym szczegółem tego wydarzenia.

       
      1. Nowy Przyjaciel.

      Od połowy grudnia mieszka z nami Birma. Kundel rasy birka środkowoeuropejska, rudy, podpalany. Początki życia spędziła na wsi, ganiając z siostrą po polach i polując na wszystko co się da (w tym chyba polowała na cebulę). Następnie odłowiona przez Fundację, wychudzona, zaniedbana, trafiła do Warszawy w wieku 5 miesięcy. Najpierw u trenerki, potem w Domu Tymczasowym, we wrześniu została adoptowana do Domu Stałego. Niestety na skutek bardzo poważnych, nieprzewidzianych perypetii pierwszego właściciela, musiała wrócić do Domu Tymczasowego. Tam spędziła jakiś czas, próbując dostosować się do nowych warunków. W końcu w połowie grudnia 2018 trafiła do nas.

      Przeprowadzkę przyjęła bardzo ciężko. Nie spała porządnie ani w nocy, ani w dzień, szczekając na każdy mały dźwięk. Pomiędzy krótkimi drzemkami sapała ciężko z rozwartym pyskiem, kręcąc się w niepokoju z pomieszczenia do pomieszczenia. Przez pierwsze kilka dni (trzy-cztery) piła bardzo niewiele, jadła jeszcze mniej. Cierpienie, lęk i frustracja były widoczne gołym okiem.

      Po miesiącu nagle jej się polepszyło. Zaczęła spokojnie przesypiać całą noc. Potrafi olewać wszelkie trzaskania drzwiami i tupania sąsiadów. Potrafi minąć się na spacerze z psem - o ile pies jest niezbyt czarny i po drugiej stronie ulicy. Przed nami wiele pracy (i przeciwwarunkowania), ale to wpis nie o tym.

      2. Alergie?

      W drugim tygodniu po przyjeździe wydawało mi się, że Birmie uszy śmierdzą drożdżami. Drapała się w nie raz na jakiś czas, ale także gryzła się po łapach przednich i po kolanach/udach. Zrzuciłam to zachowanie na karb potwornego stresu (kompulsywne drapanie się nie musi mieć podłoża choroby skóry, może być jedynie jednym z dziwnych i szkodliwych sposobów poszukiwania ulgi od frustracji i lęku). Zapach jednak utrzymywał się, a drapanie w uszy nasilało się, stąd decyzja - idziemy do veta leczyć uszy.

      Na wizycie w połowie stycznia weterynarz stwierdził, że w uszach jest dużo ciemnej wydzieliny i dużo woskowiny. Zrobił badanie pod mikroskopem, odnalazł dużo drożdżaków i troszkę bakterii. Przypisał różne specyfiki bezpośrednio do uszu. No i stwierdził, że to patologiczne namnożenie się drożdżaków (zawsze są w uszach, ale czasem namnażają się za bardzo i sprawiają kłopoty) może mieć podłoże alergiczne. Są dwie opcje: alergia wziewna (np. na roztocza) oraz alergia pokarmowa.

      3. Próby treningu.

      Odkąd Birma do nas przyszła, próbowałam robić z nią podstawy posłuszeństwa. Przedłużony siad (pies siedzi w miejscu aż do momentu zwolnienia) do 3-4 sekund, patrzenie w oczy, reagowanie na imię. Przypominam tutaj, że podstawy posłuszeństwa postrzegam jako przyjemny dla psa sposób komunikowania się ze mną, a przez to jako podstawowe narzędzie panowania nad jego zachowaniem w bardzo podstawowym stopniu. Birma ma gigantyczne problemy z obecnością innych psów (lęk, który bardzo szybko przeradza się we frustrację), więc zaproponowanie jej innej strategii mijania się z nimi na ulicach wielkiego miasta jest jedną z najbardziej podstawowych rzeczy podwyższających jej ogólne samopoczucie. Ponieważ chrupki były zdecydowanie za mało atrakcyjne (psy nie pracują za darmo - wysoki poziom pobudzenia wymaga wyjątkowo smakowitych nagród), biorąc pod uwagę moje możliwości (niezdiagnozowane zaburzenia afektu) i dostępne, tanie środki, padło na parówki, sopocką, żółty ser, masło. No i takie kiełbaski z topionym serem. Najlepiej pracowała na maśle, choć i wtedy zdarzało się, że bliskość psa była zbyt straszna, aby mogła jeść (masło!). Po około trzech tygodniach zauważyłam, że drapanie uszu jest aż bolesne do oglądania, a za uszami pojawił się łupież. Dodatkowo w okolicy sromu i na kilku sutkach pojawił się czarny nalot, podobny jak w uszach. Decyzja - weterynarz.

      4. Dieta.

      Weterynarz stwierdził, że Birma dostała bombę białkową z różnych źródeł. Oprócz smaczków treningowych, Birma jadła karmę (nową) z wołowiny (Doctor Dog dla małych psów, karma monobiałkowa z wołowiny), dodatkowo do lizania puszki mokrej jagnięciny (Dolina Noteci pure lamb). Jako przekąski - gryzaki z wołowych i króliczych uszu, świńskie i dzicze nosy, kostki z prasowanej wołowej skóry. Weterynarz powiedział: stop. Przepisujemy dietę eliminacyjną, weterynaryjną, z hydrolizowanym białkiem. Argumentował, że hydrolizowane białko (pocięte na mniejsze łańcuchy) jest nieuczulające, a karmy weterynaryjne od bytowych różnią się kontrolą procesu produkcji. Karmy weterynaryjne to pewność, że w puszce znajdują się dokładnie te składniki, które są na etykiecie - bez zanieczyszczeń. Powstała lista karm, które spełniają warunki leczenia - czyli są wyłącznie z hydrolizatów białkowych.

          Royal Canin Hypoallergenic - białko z soi, tłuszcz z kurczaka
          Eucanuba dermatosis - ziemniak, mączka rybna, tłuszcz zwierzęcy
          Purina Vet HA - kukurydza, hydrolizat białka soi, olej kokosowy
          Hill's Z/D - kukurydza, hydrolizowane białko z wątróbki kurczaka
          Specific Hypoallergenic - ryż, białka z łososia (?)
          Trovet IPD insect hypoallergenic - pulpa z larw much

      Z powyższej listy ostatnie dwa są niedostępne na zawołanie, w sklepie - należy je zamówić i czekać na odbiór. O ile kusząco brzmi karma z owadów, o tyle nie jest to białko hydrolizowane - w teorii może wywołać reakcję alergiczną. Karmy z kukurydzą według mnie są nieodpowiednie dla psów z szeroko pojętymi problemami behawioralnymi - kukurydza ma wysoki indeks glikemiczny i powoduje wyrzut insuliny do krwioobiegu, co zaburza rytm czuwania. Poza tym zawiera aminokwas tyrozynę, który konkuruje z tryptofanem - prekursorem serotoniny. Kukurydza w diecie może przyczynić się do pogłębienia problemów z czuwaniem/snem, obniżyć znacznie samopoczucie szczególnie u psów, które już mają problem z nastrojem. Eucanuba dermatosis zawiera mączkę rybną, trudno powiedzieć, czy hydrolizowaną. Padło na Royal Canin.

      5. Potrzeby psa.

      W psim pokarmie nie chodzi wyłącznie o to, by był smaczny. Nadmiar lub niedobory niektórych składników mogą powodować poważne konsekwencje w funkcjonowaniu organizmu. Na pewno większość psów nie jest w stanie wytrzymać na diecie wegetariańskiej. Pies potrzebuje białek zwierzęcych i zawartych w nich aminokwasów. Białka roślinne są po prostu inne i nie wystarczają psu do popranego funkcjonowania. Dobrze oceniane karmy to takie, które mają w sobie wysoki udział mięsa i dodatki warzywne. Słabe kamry to takie, w których jest przewaga składników pochodzenia roślinnego, w tym zboża. Poniżej prezentuję porównanie karmy bardzo słabej z karmą bardzo wysoko ocenianą:

      Doctor Dog Wołowina z Wieprzowiną, rasy średnie i duże:
      36,67% mączka wołowo-wieprzowa; 19,20% otręby pszenne; 14,93% chrząstki wołowe; 8,13% podroby wołowe; 8,13% podroby wieprzowe; 3,85% ryż biały; 1,09% marchew świeża; 0,89% jabłka świeże; 0,11% koperek (...)

      Chappi z drobiem i warzywami:
      Zboża (w tym 4% pszenicy), produkty pochodzenia roślinnego, mięso i produkty pochodzenia zwierzęcego (w tym 4% drobiu w brązowych granulkach), oleje i tłuszcze, substancje mineralne, warzywa (w tym 4% marchewki w pomarańczowej granulce, 4% groszku w zielonej granulce)

      Na pierwszym miejscu w opisie składu producent jest zobowiązany umieścić składnik, którego jest najwięcej w produkcie i analogicznie - na ostatnim ten, którego znajdziemy najmniej. W Chappi widać, że pierwsze dwa miejsca zajmują zboża i nieokreślone produkty pochodzenia roślinnego. 4% drobiu również nie napawa nadzieją, szczególnie, że "produkty pochodzenia zwierzęcego" mogą być nie tylko mięsem i wnętrznościami (co jest OK), ale mogą to być skóry, kopyta, sierść, pióra, krew, które gorzej się przyswajają.

      Doctor Dog zadbał o mięsne doprawienie karmy: na pierwszym miejscu widzimy, że jedna trzecia każdego chrupka do mączka wołowo-wieprzowa, czyli dobre źródło zwierzęcego białka. Otręby pszenne są dodatkiem dla flory jelitowej lub jako wypełniacz/klej dla chrupka. Następne na liście są podroby wołowe i wieprzowe, ryż jako źródło węglowodanów.

      Na karmie Doctor Dog pies będzie czuł się lepiej i będzie zdrowszy. Na Chappi szybko przybierze na wadze z powodu zawyżonej podaży węglowodanów, będzie cierpiał na niedobory białka co skutkuje poważnymi konsekwencjami zdrowotnymi i behawioralnymi.

      6. Tydzień na Royal Canin Hypoalergenic.
      Rozumiem potrzebę wyeliminowania białka zwierzęcego, aby po pewnym czasie zacząć wprowadzać je na powrót w kontrolowanych warunkach i obserwować, które uczula - i tego unikać w przyszłości. Brzmi czysto i prosto. Niestety, nie dla Birmy.
      Birma z natury uwielbia mięso i gardzi warzywami. Może to być konsekwencja smakowitości tychże, wybredności, ale przyjmuję, że pies instynktownie zjada pokarmy, które mogą mu pomóc. Na pewno nie pomagała jej marchewka, bo nawet jej nie tknęła. Birma uwielbia mięso. Po tygodniu jedzenia RC dostała:
      zatwardzenia
      picy - spaczonego łaknienia
      wypadania włosów
      ogólnego pobudzenia

      Zatwardzenie objawia się twardymi, kasztanowatymi bobkami. To świadczy o złej sytuacji w jelitach. Birma zaczęła połykać wszystko, co do tej pory tylko rozszarpywała. Połknęła kawałek taśmy typu Duck Tape, na szczęście wykupała dzień później. Wszystkie koce i materiały pokryły się jej sierściowym puszkiem, widać pojedyncze wypadające włosy na psyku. Ogólne pobudzenie rozpoznaję po tym, że łazi bez celu, częściej szczeka w mieszkaniu na odgłosy z klatki schodowej, budzi się o 4 nad ranem aby szczekać.

      7. Co dalej?
      Karmę Royal Canin umieszczam w koszu. Nie chcę jednak przerywać zaleceń weterynarza (konsultowałam się z nim wielokrotnie), szukam zatem alternatywy. Może nią okazać się karma Farmina Vet Life Ultra Hypoallergenic, w której podstawą jest ryż, a źródłem białka hydrolizat z ryby. Próbuję podejść do tego jak do lekarstwa, co jest trudne, widząc zmiany behawioralne u mojego psa. Tę karmę dostanę na zamówienie, więc nie jest dostępna od razu. Nie wiem też, jakiej wielkości ma groszki, a im mniejsze tym lepsze (jeśli mam pracować z Birmą na spacerach za suchą karmę). Bardzo trudnym elementem tej terapii jest eliminacja żucia, gryzienia i lizania - żwacze, noski i uszy muszą iść w odstawkę, a to zaburza bilans przyjemności suni (uwielbia rozgryzać i rozszarpywać swoje jedzenie). Na szczęście uszy są już właściwie wyleczone, zostało kilka dawek leków, więc i nieszczęsnej hipoalergicznej karmy nie muszę już podawać tak długo. W planie mam wytrzymać jeszcze tydzień - dziesięć dni i zacząć wprowadzać zwykłe jedzenie (najlepiej dobrej jakości suche).

      8. Epilog.
      W nocy śnią mi się listy składników w karmach i wielkie wory wypełnione groszkami różnych kolorów. Budzę się nad ranem, bo śni mi się że Birma szczeka. Wszystko w mieszkaniu jest ciągle zasyfiałe z powodu wypadającej sierści i rzeczy, które Birma rozgryza "na nielegalu". Będę tę opowieść kontynuować za tydzień.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Karmy Hipoalergiczne - długa podróż bez końca (i z wypadającym futrem)”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 stycznia 2019 12:24
  • niedziela, 28 października 2018
    • Mózg Węża – emocje, udomowienie, strategie przetrwania.

         Przy rozwiązywaniu problemów behawioralnych psów i kotów użytecznym narzędziem ułatwiającym zrozumienie mechanizmów zachowania jest pojęcie emocjonalnego mózgu. Koncepcja ta w uproszczeniu mówi o podziale ssaczego mózgu na pewne rejony odpowiedzialne za „niższe” i „wyższe” funkcje organizmu. Głębokie struktury mózgu (tyłomózgowie, rdzeń przedłużony, móżdżek) mają odpowiadać za utrzymanie tych bardziej "podstawowych" funkcji życiowych organizmu. Przyjmuje się, że podstawowe funkcje oznaczają pracę układu sercowo-naczyniowego, układu oddechowego, trawiennego i wydalniczego, także kontrolę mięśni Przykładowo – rdzeń przedłużony kontroluje wentylację płuc, a uszkodzenie go skutkuje paraliżem nie tylko mięśni obwodowych kończyn, ale również zaburzeniami oddychania lub nawet zanikiem tego odruchu.

      Ryc.1: Porównanie mózgu rekina i człowieka. Na czerwono zaznaczono móżdżek; jasnoniebiesko - rdzeń przedłużony.

       

        Najprostszym obwodem kontrolującym reakcje organizmu są odruchy (mono- i polisynaptyczne). W łuku odruchowym udział biorą dwa lub więcej neuronów. Takim odruchem jest przykładowo cofnięcie dłoni od gorącego przedmiotu, lub odruch kolanowy. Jest to bardzo prosty układ, a wykonanie czynności (odruchu) wymaga uruchomienia dosłownie dwóch neuronów (odruch monosynaptyczny). Jest to bardzo prosta „metoda ewolucyjna” na unikanie zagrożenia w środowisku. Występuje u wszystkich kręgowców. Jest to układ bardzo odporny na jakiekolwiek zmiany, i.e. za każdym razem jak pojawi się bodziec wywołujący (uderzenie w ścięgno pod rzepką), pojawi się taka sama reakcja o tym samym natężeniu (spięcie mięśnia prostującego nogę). Ponieważ ten układ jest odporny na zmiany nie można w tym przypadku mówić o procesie uczenia się, czyli zmiany zachowania.

       

       uk_odruchowy
      Ryc. 2: łuk odruchowy monosynaptyczny. W procesie uniknięcia uszkodzenia biorą udział dwie komórki nerwowe: jedna odbiera bodziec z palca i pobudza drugą, która uruchamia mięsień.

       

         Obecność skomplikowanego strukturalnie mózgu umożliwia zmianę zachowania (zmianę reakcji na dany bodziec). Procesy fizjologiczne towarzyszące uczeniu się zachodzą w innych strukturach mózgu, ewolucyjnie „młodszych” i przy aktywności kory mózgowej. Procesy uczenia się są bardzo skomplikowane i nie do końca poznane. Trudno opisać dokładną drogę sygnałów w uczącym się mózgu, przede wszystkich ze względu na skomplikowanie jego struktury (miliardy połączeń neuronalnych). Dzięki wielu latom badań na zwierzętach wiemy dzisiaj, że procesy uczenia się są wspólne (bardzo podobne, jeśli nie identyczne) dla wszystkich ssaków, a także ptaków. Zmiana zachowania następuje przy udziale kory mózgowej (jej części asocjacyjnej). Ciekawym przykładem uczenia się jest powstrzymanie strachu w reakcji na nieprzyjemny bodziec.

         Strach jest podstawową reakcją organizmu na bodziec zagrażający zdrowiu lub życiu. Natychmiastowe i bezbłędne uruchomienie strategii przetrwania (np. ucieczki lub walki) dla każdego z naszych przodków było gwarancją przetrwania. We współczesnym świecie ludzie i ich pupile (psy, koty) nie są narażeni na ciągłe zagrożenie ze strony drapieżników. Ta sytuacja jednak jest zupełnie nowa w historii obydwu gatunków – ewolucyjnie nieznacząca. Miliony pokoleń naszych przodków (aż po najprostsze kręgowce) wydały potomstwo między innymi dzięki temu, że skutecznie uniknęły śmierci – a w tym, poprzez wykształcone mechanizmy unikania krzywdy (czyli właśnie strategie przetrwania). We współczesnym świecie, nawet gdy w danej sytuacji obiektywnie nie istnieje zagrożenie dla życia, te wdrukowane strategie uruchamiają się tak, jak u każdego z naszych przodków. Psy panicznie boją się fajerwerków, koty podskakują w przerażeniu na widok podstawionego ogórka. Warto pamiętać, że ciągłe uruchamiane strategii przetrwania kosztuje wiele energii: fizjologiczne pobudzenie organizmu zużywa zapasy kalorii i szybko wycieńcza organizm. W ewolucyjnej przeszłości jednak bardziej opłacalne było uruchomienie tych strategii, nawet, gdy zagrożenie nie było bezpośrednie lub nie było go wcale (lepiej uciec „na wszelki wypadek” przez szelestem w krzakach: jeśli to nie tygrys to zużytą energię nadrobię – jeśli to tygrys i nie ucieknę, czeka mnie śmierć). Dzisiaj w naszych domach funkcjonują psy i koty o bardzo głęboko zakorzenionych zaburzeniach lękowych, powodujących ciągłe pobudzenie organizmu, wyniszczenie go stresem (na tle lękowym) z podniesionymi poziomami kortyzolu (uszkodzenia działania kory mózgowej) i obniżonymi poziomami serotoniny (zaburzenia nastroju, snu, odpoczynku, rytmu dobowego). Nasi pupile otoczeni są jednak skrupulatną opieką, więc nawet skrajnie wycieńczony „nerwowo” pies będzie w stanie przetrwać i wydać potomstwo. Świadomi opiekunowie psów i kotów udają się z problemami podopiecznych do behawiorysty po poradę i wyznaczenie planu terapeutycznego. Dzięki ćwiczeniom z zakresu treningu ze zwierzętami, znajomości procesów uczenia się (nie sztuczek: przypominam, że uczenie się to proces zmiany zachowania na bodziec!), behawiorysta  (podparty pracą opiekunów zwierzęcia) może sprawnie przełamać zamknięte koło zaburzeń lękowych, uruchomić ponownie korę mózgową zwierzęcia i nauczyć go nowej strategii radzenia sobie z bodźcem, bądź zupełnie zmienić reakcję na bodziec.

       

      przestraszony_pies
      Ryc. 3: przestraszony pies. To są ostatnie ostrzeżenia przed atakiem: pies boi się, bo ma położone uszy i wybałuszone oczy.

       

         Procesy korowe – czyli pobudzenie konkretnych fragmentów kory mózgowej - są kluczem w zrozumieniu uczenia się. Wynikają one z budowy centralnego układu nerwowego: i tutaj wracamy do zagadnienia gadziego mózgu. Tłumacząc ewolucję mózgu człowieka (ssaka) przyjmuje się, że w procesie komplikowania struktur mózgowych dochodziło do „nabudowywania” nowszych struktur na starsze, bardziej „pierwotne”. Rdzeń przedłużony, tyłomózgowie, móżdżek, kresomózgowie: powstanie i obecność tych struktur można (ogólnie) przypisać kolejnym „etapom” ewolucji kręgowców. Wspomniany przeze mnie na początku gadzi mózg charakteryzuje się (w porównaniu do ssaczego) słabo rozwiniętym kresomózgowiem – a w tym słabo pofałdowaną korą mózgową.

         Upraszczając na potrzebę tego artykułu mogę stwierdzić, że procesy korowe (przebiegające w korze asocjacyjnej, skojarzeniowej) mogą i często powstrzymują procesy płynące ze „starszych”, głębszych części mózgu. Przykładem może być zaniechanie ucieczki po pojawieniu się nagłego huku: „głęboki” mózg pobudza się automatycznie przez pojawienie się bodźca (huk wystrzału), pojawia się pełna odpowiedź całego organizmu (adrenalina, kortyzol, zwiększona praca płuc i serca), jednak gdy sygnał (ten sam!) dociera (wolniej) do kory mózgowej zwierzęcia, może ona powstrzymać reakcję ucieczki i „zdecydować”, że uruchomienie strategii przetrwania jest niepotrzebne lub – jeśli reakcja już się pojawiła – zatrzymać ją. Ten proces wiąże się z fizjologicznymi zmianami w całym organizmie: odpowiednio rozwinięta kora mózgowa jest w stanie powstrzymać „pierwotną” reakcję i tym samym zmniejszyć odczuwany przez zwierzę lęk.

         Wrócę zatem do problemu mózgu gadziego. Siłą rzeczy (fizjologicznie, anatomicznie) mózg gadzi różni się od ssaczego. Jest optymalnie przystosowany do gadzich potrzeb i gadziego sposobu przetrwania. Pułapką jest twierdzenie, że gadzi mózg jest „bardziej pierwotny” od ssaczego; w toku ewolucji lubimy mówić o celowości powstawania zmian i dążenia do jakiegoś (przez nas – ludzi – ustalonego) celu, jakim jest doskonalenie. Procesy ewolucyjne są jednak przypadkowe. Nie są  „nastawione” na żaden cel: działają tu prawa wielkich liczb, kumulowanie setek pokoleń drobnych mutacji i presja środowiskowa (również zupełnie przypadkowa, losowa). Mózg gadzi jest taki, jaki jest: opłaca się gadom być gadami, bo wszystkim ich przodkom udało się spłodzić potomstwo. W dalszej części artykułu będę opisywać mózg wężowy i wężowe potrzeby i przystosowanie: gdy będę używać określenia „gadzi”, proszę mieć w pamięci raczej „wężowy” – nie mam doświadczenia ani wiedzy, aby opisywać inne gady.

         Ludzie z są gatunkiem bardzo mocno socjalnym. Nasza potrzeba opieki i dzielenia się emocjami z innymi osobnikami przekracza granice gatunkowe: pewnie stąd nasza potrzeba przygarnięcia psa, kota – a czasami i innych zwierząt, w tym gadów i bezkręgowców. Z tymi dwiema ostatnimi grupami wiąże się kilka pułapek. Po pierwsze, gady i bezkręgowce nie zostały nigdy udomowione. Udomowienie oznacza głębokie zmiany w fizjologii układu nerwowego, których gady nie miały okazji przejść tak, jak stało się to z psami i kotami. Ich mózg nie potrzebuje kontaktów z innymi osobnikami (poza okresem godowym) tak, jak niezbędne jest to dla psów i kotów (i ludzi). Gady świetnie dają sobie radę w samotności i przez to nie istnieją u nich rozwinięte sygnały komunikacyjne. Wydaje się, że komunikacja na linii wąż-wąż jest mocno uproszczona w stosunku do ssaczej i opiera się na kilku sygnałach: zamieranie bez ruchu, syczenie, przypuszczenie ataku (uderzenie w powietrze) i atak (z ugryzieniem). Zachowaniami sygnałowymi są również rytuały godowe, których nie miałam okazji obserwować.

       

      Lacerta_bilineata_masculus_et_femella_%2B_Podarcis_muralis_%28Sarthe%29
      Ryc. 4: czy gady czerpią przyjemność z przytulania się?

       

         Wiele problemów ze zwierzętami agresywnymi ma swój początek w nieopanowanej reakcji lękowej. Przerażony pies, po pozbawieniu możliwości ucieczki, będzie atakował. Dla niego małe dziecko, które „zagoniło” go w kąt i wkłada palec do oka, jest sytuacją uruchamiającą strategie przetrwania (np. atak). Dla właścicieli jest to bezcelowa i niedopuszczalna agresja. Zanim jednak pies zaatakuje, po jego zachowaniu widać, że odczuwa dyskomfort i lęk w nim rośnie. Wysyła mnóstwo tzw. sygnałów uspokajających, próbując odsunąć natręta w sposób pozbawiony agresji i bezpośredniego ataku. Psa można również nauczyć, aby „znosił” sytuacje, które mógłby interpretować jako niebezpieczne – jak choćby wizyta u weterynarza. Jego mózg może nauczyć się, że sytuacja nie niesie zagrożenia: nawet jeśli pojawi się reakcja strachu w głębokim mózgu, kora może zatrzymać (inhibitować) jego działanie i zmienić zachowanie zwierzęcia.

         W przypadku gadów – węży – repertuar sygnałów świadczących o uruchomieniu strategii przetrwania jest znacznie bardziej ubogi. Przestraszony wąż zatrzyma się bez ruchu. Jeśli natręt nie oddali się, wąż rozpocznie mocniejszą wentylację płuc (kilka – 2 – 4 – gwałtownych wydechów i wdechów), szykując ciało do skutecznego ataku. Cofnie głowę tak, aby wraz z szyją utworzyła sprężynujący układ – szyja układa się w kształt litery „S”. Reszta ciała będzie zwinięta tak, aby żaden kawałek nie odstawał zbyt daleko. Wąż zwinięty w precel, z cofniętą głową, będzie wzrokiem śledził zbliżające się zagrożenie i gdy zdecyduje, że obiekt jest już za blisko, przypuści atak (próba ukąszenia i syczenie). Przedstawiona reakcja to obraz węża postawionego w krańcowej sytuacji zagrożenia zdrowia (oczywiście w interpretacji węża).

       

      Crotalus_viridis_nuntius
      Ryc. 5: gotowy do ataku.

       

         Węże trzymane w domu nie są „agresywne". Prezentują po prostu zachowania, które umożliwiły ich przodkom przetrwanie. Węże trzymane w domu nie mają dostatecznie rozwiniętej kory mózgowej, która umożliwiałaby im inhibicję zachowań wynikających ze strachu. Psa można nauczyć, że dana sytuacja nie stwarza zagrożenia – u węża jest to o wiele trudniejsze. U każdego ssaka łatwo zmienić tło emocjonalne, podając pokarm w obecności bodźca wywołującego lęk (tzw. przeciwwarunkowanie klasyczne). Węże jedzą zbyt rzadko i zbyt długo, aby możliwe było proste przeniesienie na nie „psich” sposobów pracy, mimo że zasady sterujące procesami uczenia się prawdopodobnie są tożsame dla tych zwierząt.

         W przypadku psów człowiek dysponuje pełnym repertuarem nagród – bodźców, przedmiotów, interakcji – ważnych dla psa. Opiekun psa może nagradzać go kęsami jedzenia, zabawą, pochwałą głosową. W niektórych sytuacjach nagrodą dla psa jest spojrzenie w jego kierunku, lub nawet sama obecność opiekuna. Wynika to z bardzo rozwiniętych potrzeb socjalnych tego gatunku. Wąż ma znacznie mniej dostępnych nagród: nie potrzebuje kontaktu socjalnego, więc nagrody z tej kategorii są zupełnie niedostępne. Pozostają nagrody „środowiskowe” – czyli na przykład pokarm i bezpieczne schronienie. Dla węża nagrodą będzie polowanie i pobieranie pokarmu, wygrzewanie się, ukrycie w ciemnym schronieniu. Warto również wziąć pod uwagę możliwość przyjemności wynikającej z eksploracji otoczenia – ale ta potrzeba może mocno różnić się u różnych gatunków. Człowiek oczywiście zapewnia wężowi te potrzeby: nie wynikają one jednak z interakcji węża z człowiekiem, a z czystej przyzwoitości właściciela. Wraz z wężem człowiek kupuje dla niego terrarium, źródło ciepła i pokarm. Interakcje między wężem i opiekunem wydają się, z punktu widzenia węża, w najlepszym przypadku obojętne. Nieumiejętne podejmowanie zwierzęcia z terrarium uruchamia w nim strategie przetrwania (ucieczkę, atak), czyli fizjologiczne pobudzenie organizmu w celu walki o przetrwanie. Na rękach człowieka nieduży wąż poszukuje kryjówki: przebywanie na otwartej przestrzeni powoduje u niego dyskomfort. Pobudzenie węża (poruszanie się i próbowanie powietrze językiem) maleje, gdy znajdzie on ciemną kryjówkę.

         Jak zatem budować relację z wężem? Ma ona znacznie mniejszy potencjał, niż relacja z psem lub kotem. Brak potrzeb socjalnych węża powoduje ograniczenia w możliwości nagradzania go. Kontakt fizyczny może być dla niego traumatycznym przeżyciem. Są jednak (wydaje mi się) sposoby, aby zmniejszyć dyskomfort odczuwany przez węża: korzystając z możliwości przeciwwarunkowania klasycznego.

         Warunkowanie klasyczne to sytuacja, w której w mózgu zwierzęcia (również człowieka) powstaje proste, trwałe skojarzenie. Pawłowowski odruch to dzwonek-ślinienie, ale równie dobrze może być to skojarzenie dzwonek – przerwa w lekcjach. Przeciwwarukowanie klasyczne to budowanie nowej reakcji na "stary" bodziec. Nie widzę powodu, aby uważać, że warunkowanie klasycznie nie dotyczy wszystkich kręgowców. Przyjmuję, że zasady towarzyszące uczeniu się reakcji na bodźce (czyli zasady towarzyszące przetrwaniu w zmiennym otoczeniu) są wspólne dla wszystkich kręgowców (choćby dlatego, że mamy wspólnego przodka).  Choć zwierzęta różnych gromad mają różne możliwości, wynikające z budowy układu nerwowego, podstawowe zasady są niezmienne. Stąd też uważam, że możliwy jest trening węża – trening rozumiany jako uczenie się nowych zachowań.

         Aby zmniejszyć strach wywołany podejmowaniem węża z terrarium, najlepiej wcale go nie wyjmować na siłę: chwytanie węża od góry uruchamia w nim strategie przetrwania. Przydatny może okazać się podbierak, który można wsunąć pod brzuch węża i w ten sposób go unieść. Z jakiegoś powodu podnoszenie węża od strony brzucha nie wywołuje w nim reakcji lękowej. Aby zmniejszyć dyskomfort wywołany przebywaniem na otwartej przestrzeni (większe węże mogą nie wykazywać tego lęku), należy zaoferować wężowi ciepłą, ciemną kryjówkę. Tutaj można skorzystać z warunkowania klasycznego: jeśli kryjówką będzie kieszeń właściciela, w mózgu węża powstanie proste skojarzenie: ulga od niepokoju (od otwartej przestrzeni) pojawia się, gdy jest kryjówka – a kryjówka wypełniona jest konkretnym zapachem. Dla węża nie ma różnicy, co to za zapach – ale właściciel może to wykorzystać na swoją korzyść. Nie bez powodu doradza się nowym właścicielom węży, aby przez pierwsze kilka tygodni umieszczali w terrarium swoje przepocone ubrania: nie tylko, aby węża „oswoić” z nowym zapachem. Obecność zapachu właściciela oraz bezpieczne schronienie to dwa bodźce, które w mózgu węża stają się powiązane ze sobą. Być może powinno to spowodować reakcję odwrotną: zapach właściciela będzie zapowiedzią bezpiecznego schronienia tak, jak dla psów Pawłowa dzwonek był zapowiedzią zbliżającego się posiłku.

         O ile warunkowanie klasyczne może wydawać się oczywistością w świecie zwierząt, o tyle umiejętność rozwiązywania problemów logicznych przypisywana jest często tylko tym „najinteligentniejszym”, takim jak naczelne lub krukowate. Zaskakującym dla wielu są odkrycia Skinnera i jego teorii warunkowania instrumentalnego. Jest to proces, w którym w mózgu zwierzęcia powstaje skojarzenie pomiędzy wykonaną czynnością i konsekwencją w środowisku. Szczur laboratoryjny uczy się, że naciśnięcie dźwigni powoduje wysypanie pokarmu. Domowy labrador-łasuch uczy się, że wpatrywanie się w jedzącego właściciela spowoduje wydanie mu części obiadu (żebranie przy stole). Wygląda na to, że i gady mają umiejętność uczenia się instrumentalnego – zmiany swojego zachowania w celu uzyskania jakiejś nagrody.

         Niestety, nie miałam okazji osobiście obserwować wielu gadów. Impulsem do napisania tego artykułu był film – zamieszczony na platformie YouTube przez użytkownika crocdoc2, 8 października 2017 (link: https://youtu.be/LWTITUgDcmU ). W swoim filmie crocdoc2 pokazuje w przyspieszonym tempie proces instrumentalnego uczenia się dwóch jaszczurek z rodzaju waran (Genus: Varanus). Efektem procesu uczenia się było prezentowanie na znak dłoni nienaturalnego dla waranów zachowania: zataczania koła przednią lewą kończyną.

       

       waran_22
      Ryc. 6: waran prezentuje nauczone zachowanie.

       

         Po wielu powtórzeniach, jaszczurki te prezentowały bezbłędnie wyuczone zachowanie, dla którego nagrodą było wyciągnięcie z terrarium. Nie widzę przeciwności, aby przyjąć, że podobne możliwości przejawia mózg węża. W moim domowym zaciszu przeprowadziliśmy podobny eksperyment. Nagrodą dla naszego węża – Makbeta - było otworzenie drzwiczek terrarium. Otwierałam je tylko w sytuacji, w której wąż napierał przednią częścią ciała na szybę. W efekcie układał się w mocno zwiniętą literę „S”, brzuchem przywierając do szyby. Po kilku tygodniach okazało się, że wąż nie podchodził do drugich drzwi terrarium, a chęć wyjścia sygnalizował właśnie przez przybranie pozycji „żelki”. Co ciekawe, po zmianie terrarium na większe i ustawieniu go  i innym miejscu, zachowanie to wygasło.

       

      makbecik_elka_2
      Ryc. 7: Makbet prezentuje wyuczone zachowanie, tzw. "żelka".

       

         Kolejnym przykładem uczenia się oraz inhibicji procesów korowych przez panikę jest zachowanie Makbeta przy szybach. Po umieszczeniu w terrarium, Makbet przez pierwsze kilka tygodni podczas eksploracji usilnie próbował przebić się przez szybę terrarium w kilku miejscach (napierał pyskiem, szukając przejścia). Prezentował to zachowanie przy wszystkich ściankach nie obklejonych czarnym kartonem. Po 3 - 4 tygodniach to zachowanie ustało: wąż szuka innej drogi wyjścia z terrarium, a jeśli wpada na ścianę, napiera na nią znacznie krócej niż na początku (rezygnuje po 3 - 5 sekundach). Można powiedzieć, że wąż nauczył się, że napieranie na szybę nie daje żadnego efektu. Zachowanie to jednak ulega zmianie, gdy wąż czegoś się przestraszy. Odkładając go do terrarium, zdarza się mi zahaczyć o jakiś element wystroju lub stracić równowagę; z tego lub innego powodu wąż zaczyna uciekać (porusza się bardzo szybko, ustaje próbowanie powietrza językiem). Gdy w uciecze wpadnie na ścianę, zachowanie wraca do punktu wyjścia: Makbet napiera na szybkę przez 10-20 sekund albo i dłużej, szukając w niej dziury. Gdy jednak uspokoi się (strach maleje), zaprzestaje napierania i znajduje inną drogę. Moim zdaniem jest to przykład współdziałania pierwotnych struktur mózgu i kory mózgowej. Chociaż kora mózgowa węża jest malutka i mało pofałdowana, jednak istnieje i procesy w niej zachodzące umożliwiają sprawne uczenie się. Z drugiej strony, ponieważ kora jest słabo rozwinięta, nie ma ona takich możliwości, jak psia czy ludzka: nie jest w stanie inhibitować reakcji lękowej głębokich struktur i powstrzymać strategii przetrwania.

         Z wyżej wymienionych powodów uważam, że wąż jest bardzo nieodpowiednim zwierzęciem dla osób, które oczekują od pupila głębokiej relacji czy wdzięczności. Biologiczne cechy węża uniemożliwiają stworzenie z nim obopólnej relacji z opiekunem. Ma to jednak zalety: wąż nie będzie przeżywał problemów związanych z separacją, ma niewielkie potrzeby eksploracji otoczenia (chociaż jest to moim zdaniem materiał do rzetelnej dyskusji). Zmiana opiekuna jest dla niego obojętnym wydarzeniem, a kontakt z człowiekiem może być niepotrzebny i niechciany. Jeśli jednak wyeliminujemy z interakcji wąż-człowiek element strachu i walki o przetrwanie, możemy otworzyć drzwi do nowej jakości relacji z wężami – a także do głębszego zrozumienia możliwości naszego mózgu, oraz zrozumienia ewolucyjnej jedności wszystkich kręgowców.

       

      Źródła rycin:

      Ryc. 1: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Vertebrate-brain-regions_small.png

      Ryc. 2: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Imgnotra%C3%A7at_arc_reflex_eng.svg

      Ryc. 4: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Lacerta_bilineata_masculus_et_femella_%2B_Podarcis_muralis_(Sarthe).JPG

      Ryc. 5: https://commons.wikimedia.org/wiki/File:Crotalus_viridis_nuntius.jpg

      Ryc. 6: kadr z https://youtu.be/LWTITUgDcmU 

      Ryc. 7: zdjęcia własne

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      niedziela, 28 października 2018 14:14
  • wtorek, 10 grudnia 2013
    • Odpowiedzialność za drugie życie.

      Tytuł poważny, ale chyba musiała moja odwaga dojrzeć, abym mogła publicznie przyznać się do błędu. 

      Domyślam się, że dla jednych opisana sytuacja może wydawać się normalną. Dla innych: bezproblemową (nad czym ona się tak rozwodzi - to tylko szczur?). Inni mogą poczuć głębokie oburzenie, z którym się zgadzam. Piszę jednak tę krótką opowieść po to, aby szerzyć informację i doświadczenie. A sprawa jest ważna, ponieważ dotyczy życia pupila, wybranego przez siebie zwierzaczka. Dla mnie to bardzo ważne doświadczenie, za które wstydzę się i wiem, że więcej nie popełnię takiego błędu.

      Powiem od razu, z mostu: jednego szczura oddałam do adopcji, drugiego uśpiłam kilka miesięcy później. Poniżej opiszę, co się działo, ale wiem, gdzie popełniłam błąd: przy samej decyzji kupna szczura. Co dziwne, jako osoba, która chciała być odpowiedzialna za drugie życie, aby pomagało jej uporać się z własnymi psychologicznymi problemami, wciąż unikałam pełnej odpowiedzialności za to, jak żyją moje zwierzęta. 

      Kupiłam pierwszego szczura w zeszłym roku, chyba we wrześniu. Po prostu poszłam do sklepu zoologicznego, kupiłam najbardziej ciekawskiego samca (chciałam, żeby urósł duży), do tego klatkę, poidło, karmę, ściółkę, domek. I już, pojechałam "hodować" szczurka do domu, nie mając nawet zielonego pojęcia o tym, czego takie zwierzę potrzebuje. Myślałam: nie może być takie trudne, przecież to tylko szczur, wystarczy trochę uwagi, delikatności, dobrej karmy. 

      Po tygodniu zorientowałam się, że Steven jest na prawdę przygnębionym i nie radosnym zwierzakiem. Ze źródeł internetowych docierała do mnie wiadomość: szczur nie może żyć w pojedynkę. Żaden właściciel nie zastąpi szczurkowi potrzebnego dla równowagi psychicznej kontaktu: zachowań społecznych, kontaktu fizycznego, porozumiewania się ze swoim gatunkiem, wspólnych przepychanek/zabawy/eksploracji/przytulania. Jest to fizycznie niemożliwe.

      Więc poszłam jeszcze raz do sklepu zoologicznego. Wróciłam do domu z Brunonem. Bruno, dla odmiany, był wzięty, ponieważ miał ładną sierść, brunatną, zupełnie dziko-szczurzą. Okazało się wkrótce, że również charakter miał dziki. 

      Podobno obydwa szczury należały do tego samego miotu. Różnica tygodnia (półtora, nie pamiętam dokładnych dat), lub różnica psychiczna (być może Bruno był po prostu agresywny, nie skrzywdzony) sprawiły, że drugi szczur był tylko biegającym dzikusem, z którym nie było zbyt wiele kontaktu. Przybiegał na cmokanie, bo otrzymywał dostęp do nagrody (karmienie z ręki), ale zawsze jedzenie ode mnie pobierał "z przyczajki", wyciągając się jak długi aby uniknąć bliższego niż trzeba kontaktu, a następnie uciekając w kąt. Nie byłoby to tak przykre gdyby nie fakt, że ręka mu się kojarzyła wyłącznie z zagrożeniem: kilkakrotnie ugryzł mnie do krwi.

      Być może nie rozpoznałam dostatecznie problemu i nie zastosowałam koniecznych do resocjalizacji metod "pracy" z agresją Bruna. Nie miałam pojęcia, co się robi z agresywnym szczurem: teraz mam kilka pomysłów, ale w żaden sposób nie mogę sprawdzić ich skuteczności. Po pierwsze należałoby Brunowi zapewnić więcej ruchu, eksploracji, wycieczek, zawsze skojarzonych z możliwością powrotu do bezpiecznego azylu (bez moich rąk). Nie przemyślałam tego i nic przez to nie zmieniałam, przyjmując sytuację taką, jaka była. 

      Sprawa zaczęła się komplikować. Przeprowadziliśmy się do własnej kawalerki, zabrałam szczury ze sobą. "Teraz będą mogły biegać cały czas - nie będą im zagrażały koty!". Przeprowadzką pozbawiłam Chłopaków możliwości biegania po otwartym terenie (po ogródku), więc bardzo zmniejszyłam ich "świat" do eksploracji. Dla Bruna to było zbyt wiele.

      Awantury były coraz częstsze, karma z miski momentalnie lądowała wszędzie, cokolwiek znalazło się blisko klatki było zniszczone przez zęby, Bruno odganiał Stevena, rzucał się na niego, odpychał, kaleczył. Poszkodowany szczur miał na skórze pełno strupów, a Bruno nie przestawał. Klamka zapadła, gdy zaatakował mnie, w sumie bez widocznego powodu. Drzemałam na łóżku (materac leży na podłodze), szczury wypuściłam. Bruno postanowił podejść i ugryźć nie w czoło (oczywiście do krwi). Nie wiem, jak mogłam go sprowokować: leżałam bez ruchu, spokojnie, w końcu spałam - on postanowił spróbować. 

      I tak, Bruno poleciał do adopcji. Zaopiekowała się nim młoda dziewczyna (okazało się, że mieszkałyśmy w całkiem niedalekim sąsiedztwie), która szykowała się na większego gryzonia od dłuższego czasu. Była bardziej przytomna i odpowiedzialna, niż ja, więc Bruno zapewne żyje sobie w bezpieczeństwie i zdrowiu.

      Steven został sam. Od tego momentu można powiedzieć, że załączyło mi się myślenie życzeniowe, lekkie olewactwo, oddalanie od siebie rzeczywistej sytuacji. Po raz kolejny zostawiłam bieg wydarzeń samemu sobie, tylko obserwując, co się dzieje. Steven najpierw przytył, ożywił się, jeszcze bardziej otworzył. Strupy i ranki się zagoiły. Wtedy powinnam była albo i jego oddać, albo zdecydować się na drugie zwierzę, ponieważ po pewnym czasie zaczął się robić markotny.

      A jak tylko zaczął wpadać w depresję z samotności, spadła mu odporność organizmu. 

      Nie chciałam brać drugiego szczura, chciałam się pozbyć odpowiedzialności za zwierzę, którego nie rozumiem; ale zrobiłam to w okropny sposób, który przez chwilę dawał spokój, lecz w efekcie wylał się z gara wstydu i rozpaczy jak przegotowane mleko z rondla. 

      Steven chorował na zapalenie płuc, lecz tłumaczyłam sobie, że to mykoplazma, że wszystkie szczury to mają. Potrzymam go jeszcze trochę, jak zauważę, że za bardzo się męczy, to zabiorę go do veta i uśpię - taki miałam mądry plan.

      Nie zadałam sobie następujących pytań:

      1. Ile go potrzymam - i po co?
      2. Dlaczego udaję przed sobą, że umiem się nim zająć?
      3. Jak ocenię, że "męczy się za bardzo"?
      4. Czy wiem, co to znaczy uśpić zwierzaka?

      Potrzymałam go do listopada. Charkał okropnie, brudził ścianę wydzieliną z nosa i płuc. Gdy zobaczyłam, że wypada mu sierść, przestał jeść i najchętniej siedzi z głową zwieszoną poniżej reszty ciała, wzięłam go do kartonika, opakowałam ciepło i pojechałam do najlepszej (chyba najdroższej) kliniki w Warszawie, specjalizującej się w gryzoniach.

      Na miejscu już przeczuwałam wewnętrznie, że będzie mnie bolało.

      Trudno mi opisywać jeszcze raz, co się działo, ponieważ krótka rozmowa z weterynarzem obnażyła wszystkie kłamstwa, moje własne kłamstwa skierowane do mojego ego, że postępują "w porządku" i że "wszystko jest OK". 

      Otóż nie było OK.

      Już na samym wejściu rozkleiłam się. Weterynarz wzięła szczura natychmiast na rendgen, potem umieściła w waporyzatorze z lekami - inhalacja antybiotykami. Wyjaśniła, że zwierzak jest okropnie niedotleniony. Na zdjęciach pokazała pęknięte oskrzela, powiększone serce. Dotarło do mnie jak walnięcie kowadłem w pysk: znęcałam się nad własnym zwierzęciem, tylko po to, żeby nie przyjąć odpowiedzialności za jego zdrowie i nie przyznać się, jak bardzo nawaliłam na całej linii. To niestety nie był koniec, a historia nie miała happy-endu. Poinformowała mnie o koszach leczenia: na dzień dobry 200 złotych, potem za kolejny tydzień jeszcze 200zł. Czterysta złotych za moją głupotę - wystarczyło zgłosić się ze szczurami znacznie wcześniej, żeby podawać im antybiotyk doustnie (który kosztuje ok. 2 zł dziennie). Rokowanie: oczywiście złe, najwyżej podarujemy Stevenowi kilka miesięcy życia w lepszych warunkach. A mnie nie było stać, żeby przeprowadzić leczenie... Za mieszkanie moja składka wynosi 600zł. Nie trudno się domyślić, że płacę z własnych oszczędności, a nie zarabiam i ledwo w listopadzie ciągnęłam: czasem nie miałam kasy na obiad. 

      Zostawiłam Stevena w inhalatorze, na kilka godzin - miałam wrócić wieczorem, przed zamknięciem, aby naradzić się co do następnych kroków. 

      Wiedziałam, że mnie na to nie stać - i to była jedna z najokropniejszych świadomości, jakie mnie dopadły. Nie mogłam zapewnić zwierzęciu dobrobytu - ZDROWIA - chociaż w moich dłoniach leżała cała za niego odpowiedzialność.

      Wieczorem wróciłam, z chłopakiem dla wsparcia, aby powiedzieć, że nie mogę kupić szczurowi leczenia i że podjęłam decyzję o eutanazji. 

      Lekarka posmutniała, bo bardzo zajęła się sprawą szczura, zaangażowała się. Było mi na przemian okropnie wstyd i rozdzierał mnie żal i rozczarowanie sobą. Chciałam zostać na samo uśpienie, ale w końcu nie wiem co się stało, że nie zostałam. Potrzymałam Stevena jeszcze na rękach, "żegnając się" z nim (bo co to znaczy pożegnać się - uczestniczą w tym dwie strony, a ja nie byłam nawet pewna, czy on bezpiecznie czuł się u mnie na rękach). Był ciepły i na prawdę padnięty, widać antybiotyki zdążyły już uderzyć. Odstawiłam do na stół i wyszłam.

      Zapłaciłam te nędzne 200 złotych, wyszłam i popłakałam się na serio dopiero za drzwiami. 

      Ta historia jest dla mnie olbrzymią porażką. Nie powinnam była doprowadzić swojego zwierzęcia do takiego stanu. Z drugiej strony także, znając swoje tendencje do "samokarania się", może powinnam była pożyczyć pieniądze od kogokolwiek; nie zrobiłam tego, ale może dzięki temu w okrutny sposób dałam sobie znać: "nigdy więcej brania odpowiedzialności z zachcianki lub z przypadku". 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      wtorek, 10 grudnia 2013 17:54
  • sobota, 17 sierpnia 2013
    • Krótki powrót!

      Szanowni Czytelnicy, 

      pragnę oznajmić Wam, że na chwilę Melon znów będzie Spacerował, a ja z nim. Przerwa we wpisach wynika z prostego powodu: już nie mieszkamy razem... Na wakacje Melon przeniósł się na Suwalszczyznę, a wraca w poniedziałek. Ponieważ stęskniłam się za swoim futrem, postanowiłam zorganizować tygodniowy wypad nad morze i do Trójmiasta.

      Zatem powrócą na chwilę opisy naszych ludzko-psich wybryków, podróży, wskazówek, a przede wszystkim - spacerów.

      Hau. 

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      sobota, 17 sierpnia 2013 18:02
  • środa, 15 maja 2013
    • Małe co nie co - czyli czemu psy nie oddają patyka?

      Ostatnio wraca nam problem agresji Melona wobec psów - a konkretniej wobec owczarków australijskich (nakrapiane trikolor, niebieskie oczy, wysokość do kolana). Raz załatwiłam mu niezbyt szczęśliwie spacer z takim psiakiem, który w swojej seksualnej frustracji próbował go gwałcić... Melon oganiał się od niego uciekając, kuląc się, opędzając pyskiem - nic na natręta nie działało, więc w końcu doszło do awantury: krzyki, wrzaski, starcie "na klaty" (Melonowe myślenie: "No nic do niego nie dociera, a jak mu zrobię awanturę to przynajmniej rozładuję swoją złość")... trwało to może dwie sekundy, ale Melon i tak to zapamiętał. I tak to trwa...

      W okolicy mieszkają bardzo sympatyczni właściciele łagodnego i sympatycznego owczarka australijskiego o imieniu Karmel. Co zabawniejsze, wołają na niego Mel, od "Carmelo"... A mój Mel go nienawidzi, wzorem rasisty, wyłącznie za wygląd. Spotkaliśmy się przypadkiem w lesie koło domu, Melon z miejsca postanowił rzucić się z najeżoną sierścią i bluzgami, tak na wszelki wypadek, żeby go odgonić - i gdyby nie obecność wielkiego, łagodnego Mastiffa, który ich rozdzielił, Melon zagoniłby Karmela gdzie pieprz rośnie. Postanowiliśmy wspólnie przejść się kawałek "na próbę" i "na uspokojenie". Wszystko grało, ale postanowiłam na nieszczęście rzucić Melonowi patyk. Oto, co się stało (po raz pierwszy w jego psim życiu!)

      Melon poleciał za patykiem, dorwał go pierwszy.

      Wracając do mnie z aportem wyszły mu naprzeciw pozostałe dwa psy.

      Melon upuścił patyk, żeby uniknąć sytuacji w której inny pies trzyma ten sam patyk w pysku - złe doświadczenia ze sfrustrowanym owczarkiem niemieckim sąsiadów.

      Karmel schyla się po patyk.

      Melonowi pierwszy raz w życiu uruchamia się agresor pod tytułem "HEJ, TO MÓJ PATYK!!!"

      No i awantura, szczęki w locie, skoki i uniki. A ja czerwona, zawstydzona, zmartwiona i przestraszona...

      Według behawiorystów, Melon przejawił agresję w celu obrony jakiegoś zasobu. Wszyscy dobrze znamy (tak mi się wydaje) różne sytuacje, gdy pies nie lubi, jak się rusza jakąś z "jego" rzeczy, lub warczy i broni się, gdy podchodzi się do jego pełnej miski. Zasobem może być dla psa wszystko: miejsce (buda, kocyk, kanapa, kąt w pokoju), przedmiot (zabawka, piłka, szmata, patyk), często właściciel. Agresja pojawia się, gdy posiadanie zasobu jest zagrożone: inny pies włazi na jego miejsce, człowiek podchodzi żeby zabrać szmatę, którą właśnie pies obrabia, lub właściciel zaczyna głaskać inne zwierzę. Cała sztuka polega na tym, żeby nauczyć psa, że zabieranie "jego" rzeczy jest tylko na chwilę i że jest nagradzany za to, że zachowuje spokój. I tak: szarpiąc się z Melonem sznurem, raz na jakiś czas każę mu go puścić: gdy psie szczęki się rozwierają, wracamy do zabawy. Dla psa to jasny sygnał: "o, zabrała mi moją zabawkę, ale nie ma co się wkurzać, to element zabawy, zaraz wróci". Podobnie z miską: "jak ona podchodzi do miski, kiedy jem, to znaczy, że będzie więcej jedzenia. Nie mam co się denerwować!". Mogę mu głowę do michy włożyć, a wiem że to nie wywoła agresji - nawet zabranie jeszcze niewyjedzonej miski nie będzie dla niego odbieraniem zasobu, bo wie, że dostanie ją z powrotem - bo było tak od zawsze. Warto pamiętać, że pies raczej nie żyje w przeciągłym przekonaniu, że jest królem na swoim terenie i nie będzie bronił zajadle wszystkiego, co pachnie jego zapachem. Chodzi mi tu o zaznaczenie, że tak jak dzieci nie lubią, gdy odbiera się ich zabawkę, tak psy też nie lubią, gdy pozbawia się je zasobu - z tą różnicą, że dzieci nie mają ostrych zębów, nie szczekają i nie mają instynktów drapieżniczych... 

      Tak więc, wracając do sytuacji ze spaceru z Karmelem: Melon postanowił obronić patyk, choć nigdy wcześniej nie miał takich pomysłów. Nałożyły się pewnie jego doświadczenia z owczarkiem australijskim (Melon: "Jak tamten mnie tak męczył, to na wszelki wypadek tego też pogonię, nigdy nic nie wiadomo!"), spacer ze mną (ostatnio rzadko bywam w domu), obszczekiwanie innych psów (frustratów zza siatki), niepotrzebna zabawa patykiem (nie do przewidzenia :) ) i pewnie jeszcze kilka innych spraw... Serio, psi mózg na prawdę działa w skomplikowany sposób.

      Jedyną radą, jak mi się wydaje, byłoby puszczenie Melona, Karmela i łagodnych psów - rozdzielaczy, wolno na jakimś dużym terenie. Idealnie byłoby, gdybym była nieobecna, wtedy Melon nie miałby powodu, żeby bronić czegokolwiek... i miałby czas, żeby zobaczyć, ze Karmel nie ma zamiaru go gwałcić, grzecznie się odwraca, kładzie ogon, nie nalega na kontakt, zachowuje kulturalną odległość... i że nie ma powodu, żeby go gonić :) Ach, wszystkim nam przydałyby się wakacje...

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      magdalenoslawa
      Czas publikacji:
      środa, 15 maja 2013 21:17

Wyszukiwarka

Kanał informacyjny

Kontakt ze mną: magdalenoslawa@gmail.com

Zapraszam również na
mój kanał na Youtube

Opcje Bloxa